Pewien profesor na prowincji, który traktował mnie jak luminarza, powiedział mi: „To takie miłe u pana, że pan, przy pańskim stanowisku, zachował w sobie coś z cyganerii. — Drogi panie, odpowiedziałem, cała Polska to jest wielka cyganeria. Nigdy nie mieliśmy czasu ani sposobności wyrobić w sobie cnót burżuazyjnych. Drogi wytyczali nam poeci, jedyną naszą rzetelną produkcją była sztuka, a inteligencja rekrutowała się ze zbankrutowanej szlachty. To nasz wdzięk”.
I ten cygański wdzięk ujmuje każdego Francuza, który zabawi jakiś czas w Polsce. Widziałem sporo takich, którzy byli u nas: wszyscy zachowali najmilsze wspomnienie. Bo Francuz, gdy znajdzie się w Polsce, polaczeje bardzo łatwo. Wie, że mu to nie zaszkodzi, jest na wakacjach, jest mu to miłym wytchnieniem po rygorach francuskiego życia. Spędza tych kilka tygodni w atmosferze rozlewnej serdeczności i wspomina je potem długo. Znałem młodego adwokata na Południu, który był miesiąc w Polsce z wycieczką studentów: nie przestaje mówić o tym pobycie, wspomina go jak poezję swego życia. To także nieoceniona Różyczka organizuje takie wycieczki: powinno by się czynić wszystko, aby ich było jak najwięcej, bo ci nasi goście stają się potem rozsadnikami polskich sympatii.
Zwracam uwagę, że zakończyłem felieton nuta społeczną.
U młodzieży
Następny dzień spędziłem w królestwie studentów; zaproszono mnie w dwa miejsca: do słynnej Cité universitaire i do stowarzyszenie studentów paryskich przy ulicy La Bucherie. Dwa różne światy! Niebo i piekło; uspokójcie się, piekło najsympatyczniejsze w świecie.
Cité universitaire, Miasto Uniwersyteckie — to niebo. Niebo higieniczne, wzorowo urządzone, pełne cnót i zalet. Jest to wielka fundacja o międzynarodowym charakterze, licząca zaledwie parę lat istnienia, miasto przyszłości. Oto, jak powstało, jakie są jego pobudki i cele.
Uniwersytet paryski ma obecnie przeszło 22 000 słuchaczy, z tego więcej niż 3 500 cudzoziemców. Tyle sam uniwersytet, nie licząc wielu uczelni zawodowych. Ta olbrzymia masa młodzieży żyje i pracuje przeważnie w opłakanych warunkach; źle mieszkają, źle jedzą, zabijają się zarobkową pracą; niejeden przyszły geniusz może zmarnieć w tych warunkach.
Najbardziej palącą w ostatnich czasach była, jak wszędzie, kwestia mieszkaniowa. Otóż znalazł się człowiek — był nim p. Emil Deutsch — który ofiarował uniwersytetowi paryskiemu 10 milionów franków z warunkiem zbudowania domów studenckich na gruncie dawnych fortyfikacji przy bulwarze Jourdan, w najzdrowszym punkcie Paryża. Zakupiono olbrzymi teren, 28 hektarów gruntu: 9 przeznaczono na domy mieszkalne, 19 na park i tereny sportowe. Oto zaczątek Miasta Uniwersyteckiego.
Wedle intencji fundatora, Miasto Uniwersyteckie ma służyć młodzieży wszystkich krajów. Jest w tym głęboka myśl: rozwinąć, skupiając i zbliżając młodzież ze wszystkich stron świata, ducha wszechbraterstwa, koleżeństwa w pracy i w zabawie, ducha internacjonalizmu w szlachetnym pojęciu. Zarazem najstarszy uniwersytet świata miał odzyskać swój charakter, który posiada od XII wieku.
Każda narodowość, która okaże gotowość zbudowania tam swego domu, otrzymuje na ten cel potrzebny grunt. Jakoż niebawem, dzięki ofiarności państwa Biermans-Lapotre, powstał, kosztem 5 milionów franków, dom studentów belgijskich: po nim świeżo otwarty dom Kanadyjczyków. Posypały się dary na dom Argentyńczyków, na dom wychowanków École Centrale, na dom wychowanków Szkoły Rolniczej w Paryżu, na dom studentów amerykańskich, angielskich; wybierają sobie tereny Szwajcarzy, Holendrzy, Hiszpanie, Kubańczycy. Miasto rośnie jak na drożdżach. Niebawem będzie liczyło 4 000 mieszkańców.