Celem tego Miasta jest, aby uczeń znalazł w nim wszystko, dom, pracę i zabawę. Proste, ale miłe pokoje różnią się od tego rodzaju zakładów zręczną kokieterią; każdy jest nieco odmienny, nawet obicia ma inne, iżby uniknął wyglądu koszarowego i stał się przytulnym dla mieszkańca. W osobnych gmachach mieści się tania a zdrowa restauracja, biblioteki, miejsca zebrań, koncertów, odczytów. W olbrzymim parku tereny dla zabaw i sportów.
Organizatorowie nie tają, że pragnęliby udziału wszystkich narodów w tym dziele. Szczególnie pragnęliby widzieć tam dom polski. Prosili mnie wprost, abym, wróciwszy do kraju, poruszył tę ideę. Liczba Polaków studiujących w Paryżu zawsze była znaczna; Paryż ma w dziejach naszego duchowego życia niezapomniane karty przeszłości i wciąż żywą teraźniejszość. Byłoby dziwne, gdyby Polski miało braknąć w tym zespole. Dom polski powinien stanąć w tym Mieście Uniwersyteckim, czy to funduszem rządowym, czy też prywatną ofiarnością. Może się znajdzie ktoś, kto zechce imię swoje zapisać w trwałym i szlachetnym dziele?
*
W inny zupełnie świat wchodzę w La Bucherie, domu Stowarzyszenia studentów paryskich. W Mieście Uniwersyteckim byliśmy niejako poza Paryżem, na samym jego krańcu, wszystko tam oddycha nowoczesnością, higieną, klasztornym niemal porządkiem. Tutaj jestem w sercu Paryża, w gmachu przerobionym z jakiegoś starego klasztoru, przez okno na szczycie domu widać wieżę Notre-Dame, w dole ciasne uliczki Dzielnicy Łacińskiej... Czuje się człowiek przeniesiony w jakieś czasy Villona, w czasy żaków-psotników, w średniowiecze...
Niedziela, dzień zabawy, odpoczynku. W jednej sali dancing, gdzie wciągają mnie we wściekłą farandolę, przy której raz po raz ktoś leży na ziemi. Przypominają mi się dawne farandole, tańczone het na szczycie Montmartre, w Moulin de la Galette, kiedy to się jeszcze nie śniło o dancingach i kiedy jedynie Bullier i Moulin de la Galette parę razy na tydzień od 9 do 12 otwierały podwoje dla tańca. W drugiej sali, w barze, hałas, krzyk nie do opisania; to studenci urządzają sobie wyścigi dookoła na krzesełkach. Obchodzę wszystko: salę do pracy, gdzie mimo niedzieli siedzi nad książką po kilka osób; dalej bibliotekę, mieszczącą się pod kopułą starej kaplicy. Oryginalna na wskróś figura to bibliotekarz, typ żelaznego studenta, zresztą ukończony prawnik, który wszakże absolutnie nie chciał przejść do zawodowego życia i został przy studentach. Uznając, że tak wytrwała wola próżnowania to już nie kaprys, ale prawdziwa wokacja, studenci utworzyli mu synekurę bibliotekarza, na której zdołał dojść do wcale poważnego wieku. Jest żywym zbiorem piosenek studenckich i robi honory domu.
Ach, te piosenki studenckie! Nie wiem, kto puścił tam plotkę, że ja, jako tłumacz Rabelais’go, lubię te najostrzejsze: jakoż kochani chłopcy przygotowali się, aby mi dogodzić w tej mierze. Było czego słuchać. A pieprzykiem studenckich piosenek dzisiaj jest i to, że powstawały one w epoce, kiedy nie było studentek; dziś śpiewa się je oczywiście w ich obecności, często przy ich wtórze. Panienki zachowują przy tym zupełną powagę, taką jaką ma młoda i skromna słuchaczka medycyny, studiując atlas anatomiczny: to należy do czynności naukowych. Na stole zastawionym w starej kaplicy pojawia się armia butelek szampana: wszak zaproszono mnie na Vouvray d’honneur! Tam to, otoczony kręgiem studentów, wznoszących chórem „Un chic a Boy”, wykonałem ów taniec solo, który tak poetycznie opisała w korespondencji swojej p. Aurelia Wyleżyńska, jako „połączenie pierwiastku benedyktyńskiego z dionizyjskim”.
Wypytuję tutejszych studentów o Miasto Uniwersyteckie, ciekaw jestem, co sami młodzi o nim myślą. Mówią o nim z uznaniem, ale czuć, że student z La Bucherie niełatwo dałby się tam zapakować. Bo ta organizacja, przez to samo, że jest zakrojona na olbrzymie rozmiary, musi mieć w sobie coś fabrycznego, coś dość obcego duchowi paryskiej studenterii bodaj przez swą doskonałość. Ta jednostajność, te rygory, te regulaminy, te oznaczone godziny powrotu... Francuski student umie sobie nałożyć rygor sam, ale nie bardzo znosi, aby mu nakładał kto inny.
Miasto Uniwersyteckie, to przyszła Pan-Europa, dzieło mądre, logiczne, bogate w przyszłość; La Bucherie, to Paryż, to Francja, jakże urocza w swojej radości życia, jak tęga pod swymi pozorami lekkości! I przypomniał mi się ustęp z Ducha Praw, którego świeżo przekładałem, gdzie wielki pisarz powiada z wyraźną myślą o Francji:
„Gdyby istniał na świecie naród łatwy w obcowaniu, serdeczny, pełen radości życia, smaku, swobody w wymianie myśli; naród żywy i miły, czasem nieopatrzny, często lekkomyślny; przy tym odważny, szlachetny, szczery, z poczuciem honoru, nie należałoby pętać prawami jego obyczaju z obawy, aby nie spętać jego zalet. Jeżeli charakter jest dobry, cóż znaczą pewne wady, które się z nim łączą?
Można by tam bardziej trzymać w karbach kobiety; stworzyć prawa, aby poprawić ich obyczaje i ograniczyć zbytek; ale kto wie, czy nie zgubiłoby się przy tym niejakiego smaku, który jest źródłem bogactw narodu, i dworności, która doń ściąga cudzoziemców?