Pieśń zmilkłego głosu pobiegła przez ciszę leśną do kogoś, kto, opuszczony i bezdomny, siedział na zwalonym olbrzymim pniu i myślał o smętnej przeszłości. Ale na dźwięk dzwonu nastawił ucha. Poszedł za dźwiękiem i niebawem wszedł do zapomnianego kościołka. Zastał zwłoki, a przy nich smutnego chłopca. Pomógł mu przygotować grób dla umarłego. Pocieszył chłopca i starał się o swego nowego pupila, któremu los zabrał jedyne co miał: ojca. Ale jednego ranka stanęli obaj naprzeciw siebie i ścisnęli sobie ręce na pożegnanie. — Zostań ze mną, rzekł samotny chłopiec do tego, który trafił tu za dźwiękiem dzwonu; i został. Wziął znalezionego w objęcia, przysiągł mu zawsze dzielić z nim nową siedzibę — pocałunek był pieczęcią ślubu.
Ale dzwon zamilkł, skoro przywiódł dwóch ludzi do czystej miłości. Bo w tym dniu, w którym dwóch ludzi stanęło przed zmurszałym ołtarzem i z dala od tego zgiełku i z wodnej krzątaniny świata przysięgli sobie wiarę, spadł dzwon z łożyska, stara lina przerwała się jak nić życia — nagle i niespodzianie. Ale chłopiec leśny znalazł treść istnienia — miłość.
Biegły dni — tygodnie — miesiące — lata; w kościele, który, wpół rozwalony, zapomniany, stał w lesie, mieszkali dwaj ludzie w czystej miłości, jedynym szczęściu, jakie im dała natura na drogę życia”.
Powiedzcie, czy wam to nie przypomina raczej Anhellego, niż którąkolwiek z książek, którymi my, ludzie normalni, drażnimy swoją wyobraźnię? Bo z pewnością — jeśli spojrzeć na rzecz z tamtej strony — dałoby się odnaleźć sporo analogii między cierpieniami tych, którzy wyzuci są z narodowego bytu, a owych ludzi, którzy, od młodości dławieni w swoich najbardziej przyrodzonych pragnieniach i ukochaniach, hańbieni piętnem niewoli, gnący się pod jarzmem przemocy, wiodą z pewnością nieraz — kiedy się znajdą w serdecznym gronie — ciche, nocne, bolesne rozmowy. Mają i oni swoją martyrologię, aby tylko wymienić Oscara Wilde... I oni mają swoje księgi pielgrzymstwa; i oni spoglądali z nadzieją ku „wojnie ludów”, której jedyną rehabilitacją może być to, że zdarła maski z wielu kłamstw i fałszów i że skruszyła wiele kajdanów. I wierzą, mimo proroctw dr. Josepha Mayera, że przyjdzie wreszcie do zgody między większością a mniejszością, że kiedyś nie będzie ciemiężycieli ani ciemiężonych, i że przyszła ludzkość zaledwie będzie chciała wierzyć, aby mogło istnieć w XX w. to, co istnieje dotąd — przemoc człowieka nad człowiekiem.
Czemu?...
Znowu miałem atak „gonitwy myśli”. Przyszło mi to w kąpieli, a najdziwniejsze skąd się zaczęło. Bezpośrednio przed wlezieniem do wanny, przeglądałem starą encyklopedię, ową pra-encyklopedię Diderota81 i d’Alemberta82. Jest tam na froncie rycina przedstawiająca nauki zajęte odkrywaniem Prawdy: Prawda w leciutkiej gazie, przez którą widać jej pępek, a dokoła niej tłum dziwek, personifikujących poszczególne nauki. I zamyśliłem się, na czym polega i skąd się wzięło uprzywilejowanie elementu kobiecego we wszelakiej alegorii? Fizyka, metafizyka, chemia, same kobiety; w rezultacie, owa „grupa nauk” — urocza zresztą z tym smaczkiem XVIII wieku — wygląda jak scena z zamtuza83 albo ilustracja do pornograficznego romansu. Ale w ogóle skąd się wzięła i na czym polega płeć rzeczowników? Czemu jedne są żeńskie, drugie męskie? Czemu wszystkie prawie abstrakcje — cnota, wiara, nauka, etc. — są kobietami? Czemu jest ten rozum, a ta wiedza? Na zasadzie jakiej tajemnicy zmienia się często płeć z jednego języka do drugiego? Czemu księżyc jest samcem w Polsce i w Niemczech, a samicą we Francji? Czemu jest ta rzeka, a ten strumień? — niby dlatego że do niej wpada? Czemu jest ta fala a ten bałwan, choć to jedna i ta sama woda? Czemu jest ten koniak, ta wódka, a to whisky? Czemu... czemu... czemu...
I naraz to „czemu” przeciągnęło mi się, wydłużyło, zmiękło, popłynęło melodią. Zaczęło mi w duszy śpiewać:
Czemu dzisiaj tak pobladły listki róży — ach, po-wiedz, skarbie mój! — Czemu fijołek, jak po gradowej burzy — utracił la-zu-ro-wy stró-ó-ój? — Czemu i we mnie dzisiaj smutek gości — o, mój aniele, powiedz mi, błagam cię...
Co to jest? Skąd mi to przyszło? Ach, prawda: to jest pieśń pod tytułem Czemu (Per chè), którą śpiewano za czasów mojej młodości.
I naraz, po latach, uświadomiłem sobie, że przecież te wiersze to jest dość niezdarna parafraza (może via Włochy?) wiersza Heinego84: Warum sind denn die Rosen so blass— o sprich, mein Lieb, warum? — Warum sind denn im griinen Gras— die blauen Veilchen so stumm...