Niewątpliwie do zaciemnienia sprawy niemało przyczynił się fakt, że kraj, który przywykło się widzieć na czele, gdy chodzi o światło i o wolność idei — Francja — zajmuje tutaj stanowisko zdecydowanie negatywne. Ale zważmy dlaczego: dlatego, że od dawna, o wiele wcześniej niż w innych krajach, bez żadnej propagandy, tylko z instynktu, idea regulacji urodzeń zwyciężyła we Francji w praktyce. Słynny „system dwojga dzieci” stworzył zamożność kraju, Antyregulacyjne stanowisko rządu francuskiego ma być hamulcem dla tej praktyki, a dyktowane jest zwłaszcza obawą przed płodnością Niemiec.
Ta militarna troska Francji o płodność rozciąga się i na Polskę, jako na jej sojusznika. Podbijają nam bębenka jak mogą; silą się zaszczepić nam ambicję w tym kierunku. Kiedy przed paru laty objeżdżałem Francję z odczytami natury czysto literackiej, śmiać mi się chciało, kiedy raz po raz podchodził do mnie jakiś stary generał francuski i mówił: „Parlez nous de votre natalité”. Niech pan nam mówi o waszej płodności! I ściskał mi mocno ręce, i patrzał na mnie z czułością i podziwem, tak jakbym ja był bożkiem płodności we własnej osobie. Ale nic nie pytali o naszą mortalité, o śmiertelność tych naszych dzieci, które rodzą się tak obficie, ani o to, jak one żyją, w jakich warunkach, ani o to, co z nich wyrasta. Wystarcza im najzupełniej cyfra naszych urodzeń na papierze, statystyka. Kiedy się stosuje statystykę do indywidualnych spraw ludzkiego życia, zawsze przypomina mi się ta anegdota. Pytał jeden drugiego, co to jest statystyka. „Och, statystyka, to bardzo proste. Na przykład pańska żona zdradza pana cztery razy dziennie, a moja mnie wcale: otóż statystyka, biorąc przeciętną, stwierdzi, że każdego z nas obu żona zdradza dwa razy dziennie”. Tak samo tutaj: w obszernym mieszkaniu na pierwszym piętrze chowa się jedno albo dwoje dzieci; u biedaków w suterenach rodzi się ich piętnaścioro, z czego dwanaście umiera, a troje pozostałych ma rachitis221; ale statystyka jest bardzo zadowolona; oblicza sobie: „ośm i pół dziecka na rodzinę, to bardzo pięknie”.
Jedną z najgłupszych rzeczy w tej sprawie jest to straszenie się nawzajem swoją płodnością. Francja boi się płodności Niemiec, Niemcy boją się płodności Słowian, etc. Dlatego największą zdobyczą idei regulacji urodzeń jest postawienie rzeczy na gruncie międzynarodowym, aby skończyć z tym straszeniem się wzajemnym. Istnieje już międzynarodowa Liga regulacji urodzeń z centralą w Londynie, gdzie reprezentowane są wszystkie narody; brak było tylko Polski. Przystąpienie do tej Ligi powinno być naszym najpilniejszym zadaniem. To dopiero początek; ale wspólna akcja kobiet mogłaby niewątpliwie zdziałać wiele na tym terenie. Pisałem kiedyś w Piekle kobiet: „Dzień, w którym kobieta polska porozumiałaby się z kobietą niemiecką co do demobilizacji macic, byłby ważnym dniem dla pokoju ludzkości”.
Na razie w Niemczech toczą się dokoła tej idei regulacyjnej najzaciętsze walki. Akcja nie jest tam wręcz zabroniona, ale jest bojkotowana przez sfery oficjalne, nacjonalistyczne, kapitalistyczne, militarystyczne, a nawet przez większość lekarzy. Mimo to, ruch „regulacyjny” jest bardzo silny; działa już w Niemczech szereg wzorowych poradni świadomego macierzyństwa. Ale najbardziej zdecydowane posunięcia w tej mierze widzieliśmy w ubiegłych latach w Anglii: najkonserwatywniejsza instytucja, Izba Lordów, poparła całą swą powagą ideę regulacji, zalecając tworzenie poradni i uświadamianie ludności w tej mierze. Oczywiście i tu złożono hołd obłudzie, dozwalając uświadamiania tylko kobiet zamężnych, tak jakby ta sprawa była mniej paląca dla niezamężnych, zwłaszcza dziś, gdy tyle kobiet w Anglii skazanych jest na musowy celibat222. Bądź, co bądź, rzeczą znamienną jest, że Anglicy, którzy stanowią wszak małą garstkę w stosunku do obszarów, nad którymi panują, oświadczyli się mimo to za regulacją urodzeń, stwierdzając tym, że uważają jakość, a nie ilość za istotną wartość kraju. Znaczne ograniczenie urodzeń, jakie już w Anglii w ostatnich dziesiątkach lat nastąpiło, stało się podstawą podniesienia kulturalnego angielskiego robotnika.
Aby więc zrozumieć, w jaki sposób sprawa tak prosta i jasna mogła się tak zaciemnić, trzeba policzyć, ile zabobonów, ile interesów wspiera się na nieograniczonej płodności. Najpierw kler, który pod naciskiem częściowo ustępuje, ale niechętnie. Dalej kapitalizm, widzący taniość robotnika w jego nadmiernej podaży. Nacjonalizm, który w „napięciu demograficznym” (jak to melodyjnie nazwano) widzi element ekspansji; to jest religia włoskiego faszyzmu. Militaryzm, widzący siłę obrony czy agresji w ilości rekruta. Wreszcie rozmaite interesy zawodowe, związane z tym, aby się ludzie mnożyli, choćby po to aby mieli rychło żegnać się ze światem: fabrykanci kołysek, smoczków, mączki Nestla i trumien z pewnością nie będą za regulacją urodzeń.
Ale, o ile zrozumiałe jest, że „prawica” odnosi się niechętnie do regulacji urodzeń, trzeba stwierdzić, że prawie równie niechętnie odnosi się do niej i lewica. Komunizm widzi w niej zmniejszenie nędzy i niezadowolenia, które są dla niego najlepszymi współczynnikami propagandy. Ale i socjalizm zajmuje często wobec tego ruchu dwuznaczną postawę. Odzwierciadla się to zwłaszcza w dotyczącej literaturze polemicznej w Niemczech. Pionierzy regulacji zarzucają tam wręcz menerom niemieckiego socjalizmu nieszczerą postawę, twierdząc, iż wodzowie proletariatu niechętnie patrzą na to, co pozwoliłoby proletariuszowi przestać być proletariuszem. Spauperyzowana223 rodzina z ośmiorgiem dzieci należy niejako do nich, prenumeruje (mówiąc konkretnie) ich gazety — tymczasem dwoje dzieci, którym ojciec-robotnik będzie mógł dać staranne wychowanie, wyrośnie może na burżujów. Nie potrzeba zaznaczać, że takie rozumowanie wodzów socjalizmu byłoby bardzo ciasne i nieludzkie. Nie wiem, jak z tym jest u nas; bądź co bądź uderza mnie nieszczery stosunek dzienników socjalistycznych do tej akcji, tak ważnej dla robotnika, podjętej w ramach socjalistycznej Służby społecznej.
Widzimy tedy, że dużo jeszcze jest roboty dla rozjaśnienia, uporządkowania i rozpowszechnienia pojęć. A jeżeli zacząłem tych kilka słów od relacji robotnika Wojciechowskiego, to dlatego, że ta prosta relacja najbardziej, moim zdaniem, trafia w sedno rzeczy. Żadne operowanie „wyższymi” rzekomo kategoriami i celami nie może przesłonić bezpośredniej i krzyczącej o pomoc rzeczywistości. Żadne statystyki. Bo jeżeli chodzi o statystykę, łatwo przeciwstawić jej inne znowuż statystyki: statystykę poronień, dzieciobójstw, małoletnich przestępców, gruźlicy, analfabetów, okropnych warunków mieszkaniowych — słowem tego wszystkiego, co przynosi nędza. A to są nieuchronne apanaże224 nieograniczonej płodności. Tego nie złagodzi żaden komplement francuskiego generała. I nawet gdy się stanie na gruncie militarnym, takie czysto papierowe kalkulacje ludnościowe są z gruntu fałszywe.
Najmniej chodzi o to, aby przekonywać osoby bezpośrednio zainteresowane — kobiety. Tych, sądzę, przekonywać nie potrzeba, te dobrze wiedzą, co o tym myśleć: wystarczy dać im tylko środki, wskazać gdzie mogą szukać rady i pomocy, zakładać dla nich poradnie. Raczej idzie o to, aby przekonać lub zwalczyć tych, którzy mogliby przeszkadzać w naszej akcji.
Rozmawiałem o tej sprawie z wieloma ludźmi, między innymi z lekarzami. Uderzyło mnie, jak często spotyka się bałamutne pojęcia. Lekarze nasi bawią się tu w statystów, w ekonomistów, robią „politykę populacyjną” spod ciemnej gwiazdy, i wzbraniają się — jakoby z obywatelskiego punktu widzenia — pouczać kobiety o sposobach zapobiegania ciąży. Ba, spotkałem takiego, który mi gadał o „żółtym niebezpieczeństwie”. Dziwni ludzie, którzy przewidują na dwieście lat naprzód wszystkie możliwe i niemożliwe niebezpieczeństwa, a nie widzą tego nieszczęścia, które jest tuż obok i woła o pomoc dziś. Podczas gdy lekarze tak majaczą, przeciwnie, nasi ekonomiści — nawet bardzo konserwatywni — od dawna krzyczą na alarm, ostrzegają przed rosnącą pauperyzacją kraju — zarówno materialną, jak duchową — i wzywają do ograniczenia płodności. Ale cóż! ekonomiści piszą w fachowych pismach, a do ogółu to nie dociera. A nie dociera dlatego, bo, jak wiele najważniejszych kwestii, tak i ta jest stale przemilczana, omijana. Otóż przerwać to milczenie jest zadaniem pisarzy i dlatego uważałem, że powinni być na tej estradzie reprezentowani.
Możemy być pewni, że akcja nasza napotka przeciwników, że spotka się z wszelkimi formami obłudy, złej wiary, zabobonu. I nawet łatwo zgadnąć, kto będą ci przeciwnicy225. Ci, co zawsze: nasi felietonowi kaznodzieje. Znam ich wszystkich dobrze i wiem z góry co będą pisali. I radzę jedną rzecz. Aby każdego (świeckiego oczywiście człowieka), który będzie rzucał wielkie słowa o potrzebie hiper-płodnej Polski, zapytać skromnie: „Przepraszam, ile pan ma dzieci? Bo, o ile znam tych moich kolegów-publicystów, to, gdyby wziąć ich jaki tuzin, z trudem doliczyłoby się u wszystkich razem pięciorga dzieci. Ale pewni ludzie nawykli do tego, że to co się głosi, nie potrzebuje mieć nic wspólnego z własnym życiem, z własnymi uczynkami. Ten sam dziennikarz, który osobiście robi, co może, aby ograniczyć przyrost swej progenitury226, będzie plótł duby smalone o „mocarstwowym stanowisku”, o potrzebie maksimum urodzeń i będzie zwycięsko potrząsał... nie powiem czym, w odpowiedzi Trewiranusowi. I dlatego, kończąc tych kilka słów, stawiam formalny wniosek, aby, w przewidywaniu akcji, jaką wytoczą przeciwko nam, ustalić zawczasu statystykę rozrodczości naszych publicystów.