Spowiedzi i konfrontacje
W jednym z kabaretów wiedeńskich przed wojną bawiono się długo takim żartem: Goethe przed komisją egzaminacyjną, pytany z własnego życiorysu, obcina się szkaradnie, profesorowie wszystko wiedzą lepiej.
Wygląda to komicznie: ale najzabawniejsze jest, że istotnie wiele rzeczy mogą wiedzieć lepiej. Co dla samego pacjenta jest nieraz mglistym wspomnieniem, dla nich konkretyzuje się w mnóstwie orientujących dat, listów, dokumentów. Gdy u pisarza pamięć dawnych rzeczy barwi się nieuchronnie późniejszymi stanami duszy, oni, obiektywne besserwissery227, przeciwstawiają mu jego autentyczne własne świadectwa. Ale kiedy od tych materiałów przechodzą do syntezy, do interpretacji, znowuż delikwent może się uśmiechać: z wszystkich tych ścisłości wynika najczęściej psychologiczny fałsz, brakło jakiejś najtajniejszej sprężyny, jakiegoś nieuchwytnego połączenia, którego nie zdradził żaden dokument, którego tajemnicę wielki człowiek uniósł z sobą do grobu.
Mądry Goethe, świadom tej interferencji228 prawdy z pamięcią, z mniej lub więcej świadomą wolą innej prawdy, dał swoim wspomnieniom tytuł Dichtung und Wahrheit229, uprzedzając niejako kontrolę krytyki, mimo iż nie przeczuwał zapewne, czym stanie się ona w przyszłości!
Bo, w obecnym kształcie krytyki literackiej i jej postępów, dojdzie niedługo do tego, że do katedry literatury będzie przydzielony detektyw i sędzia śledczy. Wbrew doktrynom, utrzymującym, że tylko dzieło pisarza nas obchodzi, a nie jego życie, nigdy bardziej niż dziś nie interesowano się życiem wielkich ludzi. Powódź biografii zalewa rynek księgarski, sensacyjnie napisany życiorys staje się najulubieńszą lekturą. Szperają tedy, wglądają, konfrontują, a jeżeli historia literatury czyni to nawet tam, gdzie pisarz nie dał jej żadnych uprawnień, cóż dopiero w wypadkach, gdy sam, wyznaniami swymi lub niedyskretnie osobistym charakterem swej twórczości, zachęcił niejako i uprawnił jej ciekawość. Wówczas badania krytyczne zatrącają w istocie czynnością detektywa, i czyta się ich wyniki niczym romans kryminalny.
Zetknąłem się z tym świeżo, przygotowując do druku nowe polskie wydanie nieśmiertelnych Wyznań J. J. Rousseau230. Osobliwa książka — z wielu względów. Raz dlatego, że skreślona na marginesie twórczości pisarza, przesłoniła niemal całą jego twórczość. Dzieła Russa, niegdyś pożerane tak chciwie, tak płodne w skutki, kształtujące tyle nowych światów, są dziś niemal lekturą erudytów231; ale Wyznania jego czytają wszyscy. Takie są nieprzewidziane kaprysy literatury.
Ale szczególna jest ta książka jeszcze przez coś innego. Godłem jej — szczerość: „Chcę pokazać moim bliźnim człowieka w całej prawdzie natury, a tym człowiekiem będę ja”. Jest unikatem spowiedzi. Posunęła się dalej, niż którakolwiek inna, w odsłanianiu zakamarków duszy. Zaraziła tą pasją spowiadania się całe pokolenia, sprowadziła ileż auto-analiz, zwierzeń! I oto ta książka, tak rewolucyjna swą szczerością, jest — jeżeli wierzyć dokumentom, a trudno im nie wierzyć — spiętrzeniem samych prawie kłamstw, przynajmniej w pierwszej swojej części, tej, która mówi o młodości pisarza.
I nigdzie może nie znaleźlibyśmy lepszej sposobności, aby obserwować metody konfrontacji, skrzętność i pomysłowość nowoczesnej krytyki w wyzyskaniu dokumentów w sposób, którego w istocie nie powstydziłby się zawodowy sędzia śledczy. Odczytałem np. świeżo monografię p. L. F. Benedetto; poświęcona osobie pani de Warens, tym samym wciąż zajmuje się Russem. Dodajmy od razu, że p. Benedetto, Włoch, nie lubi Russa, który w wielu okazjach wyraził się o Włochach dość cierpko: prowadzi też swoje śledztwo z odcieniem złośliwej przyjemności.
Weźmy, dla przykładu, znany epizod Wyznań: nawrócenie się młodego Russa na katolicyzm w przytułku katechumenów232 w Turynie. Czyż mógł przewidzieć nieostrożny pisarz, kiedy, przy pomocy wyobraźni (mając w tym zresztą, jak to niebawem wskażemy, swój cel) kreślił, w kilkadziesiąt lat po wypadkach, owe dawne dzieje, że w dwieście lat potem znajdzie się ktoś, kto przepatrzy archiwa i rejestry turyńskiego przytułku i weźmie jego samego w krzyżowy ogień konfrontacji?
Pan Benedetto uczynił to. Wyszperał, kto był w przytułku równocześnie z Russem: odkąd, dokąd, jak długo. Jeżeli wierzyć autorowi Wyznań, znajdowała się tam osobliwa kompania: czterech czy pięciu bandytów, którzy wyglądali raczej na lejbgwardzistów233 diabła niż na aspirantów do godności dzieci Bożych; kobiety też nie lepsze: największe pluchy i najostateczniejsze ladacznice, jakie kiedykolwiek zapaskudziły owczarnię Pana. Była tam „ładna dziewczyna o szelmowskich oczach”, którą zajął się specjalnie jakiś misjonarz i nawracał ją — Rousseau tak twierdzi — z większą gorliwością niż pośpiechem. Był i jakiś „ohydny Maur czy Ekslawończyk”, który starał się wtajemniczyć młodego Russa w skombinowane sekrety onanii234 i pederastii235, nie budząc tym zbytniego zgorszenia u władz duchownych przytułku. Wszystko to wzięła pod swoje szkiełko nauka ścisła; ów deprawator nieletnich, Maur czy Lewantyńczyk, to mógł być, zapisany w rejestrach, niejaki Rubin d’Alep (Rousseau tego pewno nie wiedział, ale oni wiedzą); dziewczyną „o szelmowskich oczach” mogła być panna Judyta Komes; — zgadza się. Hm, ale ona przybyła później, niż Rousseau powiada; a znowuż zamach Maura, który rzekomo przyspieszył przejście Russa na katolicyzm — ile że chłopiec zgodził się na wszystko, byle tylko opuścić okropny przytułek — mógł, wedle ścisłych dat, zdarzyć się jedynie po jego nawróceniu... Ten i ów szczegół również „nie klapuje”. Co gorsze — i oto najdrażliwsza konfrontacja — nie zgadzają się główne daty. W myśl wersji Russa, przebieg był taki: Rousseau — pół-dziecko — wszedł do przytułku przez młodzieńczą lekkomyślność; skoro się znalazł w obliczu apostazji236, chciał się cofnąć; przez dwa miesiące bronił się, dysputował, starał się przekonać i nawrócić tych, którzy mieli za zadanie nawrócić jego; ale widząc, że go nie wypuszczą inaczej, niż katolikiem, znalazłszy w przytułku wszystkie możliwe ohydy, poddał się zmianie religii, byle się stamtąd wydobyć. Przyjmuje tedy katolicyzm, on, urodzony w Genewie, wyrzeka się wiary ojców; po skończonej ceremonii, wciskają mu w ręce trochę więcej niż dwadzieścia franków — owoc okolicznościowej kwesty237 — wypychają go na ulicę i zatrzaskują bramę. Tak rozwiał się cały gmach pokus i nadziei, którymi znęcono chłopca.