Tak przedstawia rzeczy Rousseau po latach, wróciwszy na łono nauki Kalwina i zachowawszy dla katolicyzmu niechęć i urazę; posługuje się całym swoim talentem pisarskim, aby przyoblec tę wersję w niezapomniane kształty. Ale nieubłagane daty, zestawione przez p. Benedetto, mówią co innego. Rejestry stwierdzają mianowicie, że Rousseau wstąpił do przytułku dnia 12 kwietnia, przyjął zaś katolicyzm dnia 21 kwietnia: cały proces jego „nawrócenia” trwał 9 dni: tym samym wszystkie rzekome pobudki, wszystkie perypetie i dwumiesięczne walki zdają się tworem fantazji pisarza. Nawet sumę zebraną z kwesty zdołano skorygować: wynosiła nie 20 franków, ale 5 franków i 10 centymów; po czym nie wypchnięto chłopca na ulicę, gdyż jeszcze przez dwa miesiące po nawróceniu pozostał w przytułku...
Czytamy to ze zdumieniem. Jak to, ta książka, tak oddychająca prawdą, może zawierać tak grube kłamstwa? Niestety, tak się zdaje. Bo ta książka nie z samej potrzeby szczerości wynikła. Jest raczej kombinacją ekshibicjonizmu — wręcz fizycznego, do którego Rousseau się przyznaje — z pewnym ukrytym celem. Sekret ten tkwi w kolejach egzystencji pisarza.
Uprzytomnijmy sobie te koleje. Włóczęga, któremu pół życia spłynęło w sposób więcej niż wątpliwy; lokajczyk wypędzany ze służby; młody dryblas żyjący wiecznie z czyjejś łaski, niezdolny zapracować na życie; człowiek, który sprzedał swą religię dla mizernych zysków, który żył lata całe na utrzymaniu znacznie starszej od siebie kobiety, potem zaś skojarzył się z jakąś kuchtą; który pięcioro własnych dzieci oddał do domu podrzutków i nigdy się o nie nie zatroszczył, staje się nagle świecznikiem cnoty, filozofem, apostołem, nauczycielem, prawodawcą świata! Nie dziw, że przeszłość, którą wlecze za sobą, jest mu ciężkim brzemieniem. Ten człowiek ma wrogów, ma zawistnych, pośród najgłośniejszych, najwpływowszych ludzi pióra; naraził się ustosunkowanym damom; wrogowie jego nie zawahają się wyzyskać tych faktów. Stopniowo rozwijająca się mania prześladowcza wyolbrzymia jego obawy. Dwie zwłaszcza okoliczności — zmiana religii i zaparcie się swoich dzieci — stają się nieustannie dręczącym wspomnieniem. Oświetlić na swój sposób, pogodzić sprzeczności, scałkować238 dziwne fragmenty swego życia, przeciwstawić swoją wersję wszelkim ustnym i pisanym komentarzom, uprzedzić inne zwierzenia swoją spowiedzią — oto, bardziej niż potrzeba szczerości, pobudka Wyznań Russa.
Metoda Wyznań przypomina chwilami Tartufa239, który, przyparty do muru, bije się w piersi, mówiąc: Tak, mój bracie, jam winny, zbrodniarz godzien kary — jam grzesznik zatwardziały, pełen brudu, złości... Kaja się z drobiazgów, o których nikt nie wiedział, a równocześnie, wyegzaltowawszy, podbiwszy czytelnika swą emfatyczną nieco szczerością, podsuwa mu fałszywą wersję notorycznych faktów.
To jest tajemna pobudka pierwszej części Wyznań. I bodaj czy nie z chęci zaciemnienia owej nieszczęsnej apostazji wynikł również opis idylli z panią de Warens, jeden z najoryginalniejszych, najładniejszych epizodów miłosnych, jakie zna literatura. Bo i tu szczerość Russa była — zdaje się — co najmniej w połowie kłamstwem.
Pani de Warens była — jak o tym świadczą dokumenty — zawodową agentką rządu sabaudzkiego od „nawróceń”. Bo w owej epoce katolicy i protestanci nie palili się już wzajem na stosach, ale wydzierali sobie dusze, odkupywali je w potrzebie. Pani de Warens, nieszczęśliwa w pożyciu domowym, zrujnowana, zadłużona po uszy, uciekła z Vevey na terytorium króla Sardynii, odegrała sama komedię nawrócenia i przyjęła katolicyzm; dano jej roczną pensję, w zamian za co stała się powolną240 agentką rządu. W tym charakterze przesłał jej ksiądz de Pontyerre młodego Russa, ona zaś przekazała go dalej do przytułku w Turynie. Niezapomniane karty, na których Rousseau kreśli swoje pierwsze spotkanie z panią de Warens, uczucie, jakie w nim obudziła od pierwszej chwili, są — bardzo być może — jedynie dziełem fantazji pisarza, w której świetle podróż jego do Turynu zyskiwałaby nowe, pełne tajemnej poezji pobudki. I pomiędzy mglistym wspomnieniem pierwszego spotkania a nieobowiązującym roztkliwieniem nad nieżyjącą już panią de Warens, Rousseau rozpina łuk tej miłości, utkany z tęczowych kolorów samooszukaństwa.
Ale sędzia śledczy i tu nie przepuści mu niczego: gromadzi dokumenty, konfrontuje je. I jeżeli kiedy pisarz przepadłby przy egzaminie ze swej biografii, to tutaj: wszak Rousseau sam przyznaje, że pewne okresy swego życia pamięta jedynie bardzo mętnie. Pan Benedetto, uzbrojony w jego listy, w autentyczne papiery, w bezlitosną logikę rozumowania, niewątpliwie dużo rzeczy lepiej wie od niego. Niewiele z całej tej idylli ostało się pod ciosami naukowego sceptycyzmu. O ile pewne jest, że młodego Russa łączył później z jego opiekunką stosunek miłosny, o tyle szczegóły wydają się przez autora Wyznań bardzo swobodnie wyreżyserowane. Nawet Charmettes, owe urocze Charmettes: okazuje się, że Rousseau pędził w tym ustroniu dni przeważnie sam, że folwarczek ten był środkiem pozbycia się go z domu, w którym — jak i w sercu „mamusi” — panował już hałaśliwy Wintzenried. Ach, gdybyż tylko tyle mówiły nam dokumenty! Ale odkryto memoriał, jaki dwudziestosiedmioletni Rousseau pisze, pod dyktandem pani de Warens, do gubernatora Sabaudii, aby, wciąż z tytułu nawróconego, skomleć o jakąś pensyjkę. Memoriał ten kwalifikuje historyk pani de Warens jako „najnikczemniejsze szalbierstwo”: wszystko od A do Z jest w nim kłamstwem; aby zaś nikomu nie przyszła ochota sprawdzać rzeczy na miejscu albo wzywać go do przesłuchania, Rousseau w zakończeniu memoriału pisze, że „na domiar nieszczęścia dotknęła go szpetna choroba, którą jest zniekształcony”... A wszystko łgarstwo.
Tak, okrutne bywają ankiety detektywów literatury. Ale jest w tym pewna mądrość losu: pomnażają one przyjemność wtajemniczonych, oświetlając tym ciekawiej zaułki duszy ludzkiej, sekrety twórczości, a nic nie szkodzą pisarzowi w oczach zwykłych czytelników, którzy o nich po prostu nie wiedzą. Pokolenia całe będą się upajały legendą Charmettes, i nic im nie popsuje śledztwo pana Benedetto. Tworzenie mitów jest przywilejem wielkich pisarzy.
Nam zaś — niby to wtajemniczonym — konfrontacje takie ileż dają do myślenia. Wyznania!... książka, która wciąż kłamie, a która niewątpliwie oddycha szczerością. Przez co? Przez sposób, w jaki kłamie. Wszak kłamać można na tysiąc sposobów. Chcąc przeinaczyć prawdę, Rousseau, wpół mimo woli, odsłonił nam równocześnie mnóstwo prawdziwych uczuć, które inny by przemilczał; ośmielił do mówienia o rzeczach, o których w ogóle przed nim nie mówiono; stworzył nowe formuły psychologiczne, obyczajowe. Wszystkie kłamstwa, na których złapała Russa krytyka detektywów, nie zmienią faktu, że jego Wyznania są aktem odwagi, są wielkim krokiem na drodze szczerości człowieka wobec samego siebie. I najciekawszą powieścią autobiograficzną, jaką znamy.