— O — dodała pośpiesznie — ja nie o sobie... Ale pan prezes w ogóle na kobiety nie zwraca uwagi.

Roześmiał się:

— Moja droga pani, a kiedyż ja mam czas na to!

— Każdy ma na to czas, na co chce mieć — odpowiedziała sentencjonalnie.

Spojrzał na zegarek i powiedziawszy jeszcze kilka zdawkowych zdań, wyprawił ją spać. Sam zasnąć nie mógł.

Najpierw rozmyślał o tej zabawnej stenotypistce. Gdy dyktował, miał zwyczaj patrzeć na ołówek stenografującej, a ona miała ręce prawie takie jak Krystyna...

Prawie takie...

A jednak o tamtych, prawdziwych, zapomnieć nie mógł. Nieraz podczas największego nawału pracy przypominał sobie jej ręce, oczy, niski głęboki głos o niebywale ciepłym brzmieniu. Początkowo odrobinę irytował się tym, z biegiem czasu jednak doszedł do przekonania, że ostatecznie może sobie na to pozwolić, pozwolić na tę małą słabość, która w rezultacie nie zajmuje mu przecież czasu więcej, niż sam jej zechce poświęcić... Zechce?... Czy stenotypistka miała rację, że to jest wyłącznie zależne od jego chcenia lub niechcenia?... Czy istotnie mógłby więcej czasu poświęcić Krystynie?... Czy ona ma prawo żywić doń żal za te swoje samotne godziny?...

Nie, stanowczo nie. Jest przecie dość rozsądna i dostatecznie obeznana z jego interesami, by wiedzieć, że po prostu nie jest w stanie zostawić ich na dzień jeden własnemu losowi. Groziłoby to niesłychanymi komplikacjami, a może i nawet utratą szeregu zdobytych pozycji. A to byłoby nonsensem, tego nie mogłaby odeń oczekiwać!

Wszystko zatem było zupełnie jasne. Stosunek, jaki się między nimi utrwalił, był najbezsprzeczniej normalny i słuszny, ale przeprowadzenie w nim jakichkolwiek zmian byłoby niepodobieństwem i oboje o tym wiedzieli...