Samochód zatrzymał się o kilkadziesiąt kroków dalej i nagle zaczął się cofać tylnym biegiem. Gdy zrównał się z nimi, otworzyły się drzwiczki i dyrektor Paweł Dalcz wychylił głowę:
— Bardzo państwa przepraszam za nieuwagę mego szofera — powiedział, uchylając futrzanej czapki. — Strasznie was ochlapaliśmy.
— O, drobiazg, panie dyrektorze — uśmiechnął się Ottman.
— W każdym razie nie możecie państwo w tym stanie iść przez miasto. Odwiozę was. Proszę.
— Ależ, panie dyrektorze... Ja doprawdy... Może panna Jarszówna... Poplamiłbym panu cały wóz.
— Siadajcie prędzej. No, już. Niech mi pani poda rękę. Hop!
Marychna w gruncie rzeczy była kontenta. Pończochy się przepiorą, a za to jest rzadka okazja przejechać się limuzyną obok naczelnego dyrektora. Jak to on grzecznie zrobił...
— Dokąd państwa mam odwieźć? — zapytał.
— Ja mieszkam na Lesznie — odpowiedziała Marychna.
— A pan, inżynierze?