— Proszę mnie nie tytułować dyrektorem. Nie jestem w tej chwili pani zwierzchnikiem, lecz towarzyszem przejażdżki. A może pani jest głodna i bardzo śpieszy na obiad?

— Nie.

— Zatem cóż pani na to, że chcę się pani podobać?

— Pan żartuje.

— Nie, nie żartuję. Krzysztof może smalić do pani cholewki131, ten chemik może wywracać do niej oczy, dlaczego pani mnie nie może brać? Pani jest bardzo ładna i bardzo młoda. Bierze mnie pani tym wszystkim. To prawda, że nie jestem kobieciarzem, ale przecież o tyle znam się na kobietach. Proszę mi wybaczyć, że wyłożyłem to tak niezdarnie, bez kwiatków, bez bławatków, bez słodkich słówek. To nie moja specjalność. Jak pani na imię?

— Marychna... to jest Maria... — powiedziała, nie podnosząc oczu.

— Lubię to imię — Kiwnął głową. — Marychna... ładnie brzmi. Więc co pani na to, panno Marychno?

Milczała zupełnie zażenowana. Jeszcze nigdy nikt w ten sposób z nią nie rozmawiał. Przecież nie mogła mu tak z miejsca powiedzieć, że od dawna, od pierwszego spojrzenia podoba się jej znacznie więcej od Krzysztofa i od wszystkich innych mężczyzn... i teraz, chociaż miał w sposobie bycia coś chropowatego, wydał się jej jeszcze bardziej interesujący.

— Niech mi pani powie: „Jesteś, przyjacielu, zanadto obcesowy132, a to nie leży w moim guście”... Gdy to od pani usłyszę, przestanę pani dokuczać.

— Ale ja tak nie powiem — wydobyła z siebie, zapinając i odpinając torebkę.