— Nie byłam tam jeszcze nigdy.
— Mam tam mały interes do załatwienia, ale to nie zabierze wiele czasu.
Już w hallu ogarnęło ją miłe ciepło. W sali restauracyjnej było jeszcze prawie pusto. Orkiestra grała cygańskie romanse. Zajęli stolik w dalekim końcu sali.
— Przede wszystkim musimy się rozgrzać — powiedział kelnerowi. — Piekielny mróz.
— Koniaczek szanowny pan każe? Łosoś? Kawiorek?...
— Byle prędko.
— Ja nie będę jadła — odsunęła talerz Marychna — jestem już po kolacji.
— Nie nalegam, ale przecie coś pani przegryzie po koniaku!
Nigdy jeszcze nie jadła kawioru. Był świetny. Z zazdrością patrzyła na towarzysza, który bezceremonialnie połykał wielkie jego porcje. Jej nie wypadało, gdyż była już po kolacji. Wreszcie dała się namówić, gdyż wprost nie była w stanie zapanować nad apetytem, a przekąski to przecie nie jedzenie. Łosoś, śledzie w śmietanie, sałatka z drobiu, sardynki... A do tego bursztynowy, pachnący winem, a taki mocny koniak...
Krzysztof zawsze inaczej dysponował kolację. Bulion z jajkiem, jakiś indyk, melba i wino białe...