Marychnie wszystko plątało się w głowie. Wreszcie słyszała tylko głos Pawła Dalcza. Mówił takim tonem, jakby wydawał dyspozycję, potem wyjął z kieszeni grubą paczkę pieniędzy i wręczył ją pod stołem jegomościowi. Po chwili wstał i wrócił do stolika. Jego uśmiech zdawał się wyrażać zadowolenie.

— Przepraszam śliczną koleżankę za moją nieobecność — powiedział serdecznie.

— Ależ byłoby mi przykro, gdybym miała przeszkadzać...

— Gdzież te kuropatwy? — zawołał na kelnera.

Później podano deser. Dowcipkował wesoło i patrzył na nią tak, że się rumieniła, wreszcie powiedział:

— Mam dziś dobry dzień. Trzeba to uczcić szampanem.

— Udał się panu jakiś interes?

— Moje miłe stworzonko, zgadła pani, ale nie trzeba o tym mówić.

Wziął jej rękę i pogłaskał tak, jak się głaska kota.

— Lubi mnie panna Marychna chociaż troszeczkę?...