Feliksiak był wściekły. Prowokacyjne zachowanie się kolegów doprowadziło go do ostatecznej pasji. O ile wcześniej sam wahał się, czy po raz trzeci udawać się do prezesa, o tyle teraz zawziął się i postanowił za wszelką cenę dostać się z powrotem do fabryki. Mało tego, powinien otrzymać stanowisko brygadzisty, żeby tym draniom pokazać, co to on może. Wtedy będą się śmieli199 cholery, jak ich weźmie za pysk. Alboż to jest złym ślusarzem?...
Wychodząc, kupił jeszcze butelkę czystej i poszedł do domu. Skręcił właśnie w Żelazną, gdy natknął się na inżyniera Karliczka. Był usposobiony tak wojowniczo, że niemal go potrącił i niedbale dotykając palcami do daszka, bąknął: „Szanowanie”.
— Cóż się tak zataczacie, Feliksiak, urżnęliście się? — zapytał Karliczek.
— Dlaczego nie. Bezrobotny jestem. Wolno mi.
— Jak to bezrobotny? Znowu was wyleli200? — Karliczek uczuł przypływ sympatii do Feliksiaka. Znał go dobrze, gdyż jego częste awantury były dość popularne w fabryce, a o szczególnej protekcji, którą ten ślusarz cieszył się u zwierzchników, różne chodziły wersje.
— Wyleli, ale przyjmą mnie, jak tu przed panem stoję. Nie taki ja jestem, żebym każdemu dał sobą przewodzić. Mogę i sam wpaść, ale i wielki pan Dalcz pójdzie do kryminału...
Karliczek spojrzał nań uważnie i odciągnął pod ścianę:
— Paweł Dalcz? — zapytał.
— Nie, ten laluś Krzysztof Wyzbor-Dalcz. Dwa nazwiska ma, to myśli, że nie wiem co, a ja mu jeszcze pokażę!...
Podniósł pięść i pogroził nią sobie przed nosem. Karliczek spojrzał na zegarek: