Pomógł jej zdjąć futro, przeszli do gabinetu. Było tu jak dawniej, jak przed wyjazdem. Paweł palił papierosa i przyglądał się jej poważnie:

— No i cóż?... Uszczęśliwiłaś zakochanego młodzieńca?

Marychna poczerwieniała i spuściła oczy.

— O!... Może i sama w nim zakochałaś się?... Zmizerniałaś. Od miłości podobno się chudnie. Tak zapewniają fachowcy... Nic nie mówisz?

— Wcale się nie zakochałam...

— A pamiętałaś o moim istnieniu?

Podniosła oczy i powiedziała cicho:

— Bardzo.

Potrząsnął głową i wypuściwszy w górę strugę dymu, zawyrokował:

— To źle świadczy o talentach mego stryjecznego brata. Powiedz mi tak szczerze: niedorajda z niego, co?