Nita uśmiechnęła się, poprawiła włosy i westchnęła gwałtownie:

— Wy wszyscy, starsi, robicie na mnie wrażenie swego rodzaju balastu, jaki my, młodzi, wciąż jeszcze przez grzeczność dźwigamy na karku. O ileż życie byłoby prostsze i łatwiejsze, gdybyśmy sami nim kierowali bez kurtuazyjnych ustępstw na rzecz waszych nieszczerych zasad i naiwnych przesądów, już nie mówiąc o waszej osobliwej moralności. Obrzydzacie nam świat. Gdybym uwierzyła, że na starość człowiek musi koniecznie stać się fałszywą świnią i naiwnym kieszonkowcem, co w waszym języku znaczy nabrać doświadczenia, wolałabym już dziś palnąć sobie w łeb.

— Moja droga — obojętnie zauważył Paweł — wiara, że tak nie będzie, jest jednym z głównych sposobów Opatrzności w zapewnieniu ciągłości gatunku. Z chwilą gdy się ją traci, już się jest starą świnią, która czuje się w tej skórze najlepiej.

— Ale ty, wuju, chyba nie mówisz o sobie? — zapytała z odcieniem niepokoju.

— Dlaczego?

— Przede wszystkim jesteś jeszcze młody...

— Tylko to? — zrobił rozczarowaną minę.

— A poza tym mam o tobie wyrobione zdanie. Jesteś par excellence252 nowoczesny i w swojej sile charakteru, i w swojej uczciwości.

— Chyba nie twoi rodzice przekonywali cię o tym?

— Właśnie oni. W każdym człowieku, na którym nie mogą znaleźć źdźbła brudu, domyślają się wewnętrznego śmietnika. Wprost w głowie im się to nie mieści, że ktoś może zdobywać powodzenie, nie nurzając rąk w błocie.