W jej oczach zakręciły się łzy:
— Ale jeszcze przed chwilą inaczej o mnie myślałeś. Niepodobna, byś widząc mnie tu, nie domyślił się, że chodzi o zobowiązanie ojca. No cóż?... Ja wolałam sprawę postawić jasno. Masz opinię człowieka interesów załatwianych od ręki.
— Tak — pokiwał głową Paweł — twego ojca zawsze uważałem za zdolnego nawet do rajfurzenia własnymi dziećmi, ale po Ludwice nie spodziewałem się tego...
— O, bardzo słusznie. Ona nie chciałaby za nic na świecie takiej hańby. Zawsze dbała o moją moralność. Miałam cię tylko oszukać. Rozumiesz, wuju?... Mniejsza zresztą o nich. Tak długo mnie nudzili, aż zdecydowałam się przyjść do ciebie i raz odczepić się od ciągłych nagabywań.
Paweł zaśmiał się z przymusem:
— Nie obarczasz mnie chyba odpowiedzialnością za wstręt, z którym to zrobiłaś.
— Cóż znowu. Lubię cię, wuju, a nawet muszę przyznać, że mi się podobasz...
— O!...
— Francuzi powiadają — zrobiła doń oko — że kuzyni są kochankami danymi przez naturę.
— Jestem twoim wujem — powiedział z nieco frywolną patriarchalnością.