Zakryła oczy dłonią i zaciskała zęby, by zmusić siebie do milczenia. Jakżeby chciała zawołać teraz:
— Ratunku! Ratunku! Ratujcie mnie przed tą potworną spowiedzią!
Nagle uderzyła ją myśl:
„On dlatego mówi mi to wszystko, by uwolnić się od mojej miłości, by uwolnić się ode mnie!... Chce, bym nabrała dlań pogardy...”
Straszny ból ścisnął jej serce. Opuściła rękę i spojrzała na Pawła. Twarz jego była kamiennie spokojna. Nie słyszała już jego słów, nie rozumiała ich treści. Tylko ten niski, równy głos, niewzruszony, bezlitosny, zimny.
Nie, nie mogła tego znieść dłużej, nie mogła. To było ponad jej siły. Przycisnęła pięści do uszu i krzyknęła:
— Dość! Dość! Nie mów!
Wówczas odwrócił z wolna głowę i spojrzał na nią.
Przeraziła się wyrazu jego oczu. Były prawie przezroczyste, bezbarwne, białe...
Wybuchnęła płaczem.