— No i co? — zapytał chłodno. — Teraz brzydzisz się mną?

— Och, jakie to okropne, jakie to straszne!... Pawle, po co, po co powiedziałeś mi to wszystko!

— Brzydzisz się mną? — powtórzył z naciskiem i jak się jej zdawało, z zadowoleniem.

— Dlaczego ty mnie nienawidzisz!? — Zerwała się i stojąc tuż przy nim, nerwowo zaciskała palce. — Dlaczego chcesz się mnie pozbyć!?... Pawle!... Pawle!

Wzruszył ramionami:

— Bynajmniej... Chcę tylko, byś mnie znała.

— Ale ty nie jesteś taki! — wybuchnęła.

— Jestem.

Opadła na fotel i skuliła się, ukrywając twarz w dłoniach. Stał przy niej nieruchomy i po chwili powtórzył:

— Jestem taki. Jestem imitacją uczciwego człowieka, ale imitacją wykonaną precyzyjnie, mistrzowsko, wspaniale. Pierścionek, który wrzuciłem do ognia, spełnił swoją rolę dzięki temu samemu. Był niezłym falsyfikatem. A teraz pomyśl, moja droga, czy zwróciłabyś na mnie uwagę, gdybym zjawił się przed tobą w łachmanach, w nędzy, jako ostateczny bankrut życiowy? Co powiedziałabyś o mnie, gdybym przyjechał do Warszawy i usiłował wytłumaczyć twemu ojcu i memu rodzeństwu, że powinni mnie powierzyć kierownictwo fabryki? Wyśmiałabyś mnie razem z nimi! Prawda?... A przecie moja wartość była wciąż niezależna od mego wyglądu ani od opinii, jaką mnie zaszczuwano przez długie lata, a przecie zawsze byłem tym samym genialnym finansistą, za którego teraz uważają mnie wszyscy!