— Mówiłem z tym jego Blumkiewiczem. Tam jest prawie panika.
— No, tam do paniki nie ma powodów.
— Czy przez to chcesz powiedzieć, że tu jest?...
Paweł spokojnie nałożył sobie szynki na talerz i spod oka spojrzał na brata:
— To zależy. Nie będę wszystkim poszczególnie opowiadał całej sprawy. Nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Osobiście widzę jeszcze możność uratowania, jeżeli nie wszystkiego, to pewnej części waszego majątku. Przedstawię to sam, gdy się zbierzecie razem. Porozum się, proszę, z Halinką i z Ludwiką, by tu przyszły. Chciałbym też, by był obecny Jachimowski. On jeden, zdaje się, ma głowę w porządku. Musimy się naradzić.
— Ludka jest cierpiąca i nie wychodzi z domu — zauważyła pani Józefina. — Chyba zbierzemy się u nich?
— To obojętne, byle nie tracić czasu.
— Tak, tak — potwierdził Zdzisław i wybiegł z pokoju, by telefonować.
— Czy i ja będę wam potrzebna? — zapytała pani Józefina.
— Naturalnie. Niech mama nawet wcześniej pojedzie do Jachimowskich i powtórzy im to, o co mamę prosiłem: o moim pobycie za granicą, ściślej w Londynie, i korespondencji z ojcem.