— Udało się?
— Phi... drobiazg. Kilkanaście tysięcy. Ale i to dobre. Uniknęłaś przykrej historji. Masz szczęście.
— Ja? — zdziwiła się.
— Aha. Musiałbym cię narazić na towarzystwo tego amerykańskiego szympansa.
— Tego, któregoś umieścił w swojej garsonjerze?
— Tak. No, popraw kapelusz. Jedziemy na kolację do Bristolu. Musiałabyś go zabawić przez kilka dni i natchnąć ochotą do dłuższego pobytu w naszej pięknej stolicy.
— Chyba nie wyobrażałeś sobie, że zgodzę się na taką rolę! Wstydź się, Koki!
— Wstydzę się, ale wyobrażałem — zaśmiał się wesoło.
Zarzuciła mu ręce na szyję: ten jego cynizm działał na nią, jak wzrok węża: przejmował wstrętem i obezwładniał.
Wchodząc na salę restauracyjną przypomniała sobie z dotkliwą wyrazistością brak wymarzonej pelerynki z lisów. Było sporo znajomych Junoszyca, który kłaniał się z tym swoim pańskim wdziękiem naprawo i nalewo. Imponował jej właśnie tym kontrastem świetnej dżentelmenskiej powierzchowności i brutalnej siły wewnętrznej, nie liczącej się z niczem i z nikim. W niektórych spojrzeniach i ukłonach dostrzegała maskowaną niechęć, lub ostentacyjną powściągliwość, lecz wyraźnego lekceważenia nikt nie ośmieliłby się mu okazać.