— Ja sama mu otworzę!
— Pozwól...
— Nie, nie. I nie idź za mną — powiedziała uśmiechnięta, lecz stanowczo.
— Ach, przepraszam — cofnął się Wojtek.
Nie był to jednak Murek. Jeszcze dwa razy napróżno biegała do dzwonków. Przyszedł elektrotechnik, później dozorca domu i jakiś domokrążca. Dopiero za czwartym razem we drzwiach ukazał się Murek. Ledwo go poznała, tak się zmienił. Mocno opalony, schudł bardzo. Policzki straciły rumiany kolor i zapadły się. Gdyby nie zdrowa opalenizna, wyglądałby, jak rekonwalescent po ciężkiej chorobie.
Patrzał na Nirę z niepokojem i z radością:
— O, dzięki Bogu, nic pani nie jest. Nie zrozumiałem słów pani Bożyńskiej. Tak, jakby gniewała się na mnie za jakąś katastrofę samochodową?...
— Wszystko panu wyjaśnię, ale teraz nie mogę — przerwała mu z pośpiechem. — Niech pan wieczorem przyjdzie do cukierni, tam, na Miodową. Teraz, dowidzenia...
— Dzisiaj?...
— Tak, o ósmej. Dowidzenia.