— Ledwie się dycha — pojednawczo dorzucił Murek i przesunął się bokiem obok Julki, od której grzało, jak od pieca.

W stróżówce dzieci już spały. Helenka, starsza córka Niecki, nie krępując się tem, głośno wybijała poduszki, szykując posłanie dla męża i rodziców. Ciasno tu było i duszniej, niż na dworze, ale czysto i porządnie.

— Już z konkurów? — przywitała go Helka, nie przerywając roboty.

— A już... Tylko skąd pani wie, że z konkurów?

— Bo nieszpory już dawno się skończyli. A pan Franciszek to chyba nie myśli, żem głupia.

— Skądże — zaśmiał się.

— Ja na chłopów jestem znająca — powiedziała tonem podziwu dla samej siebie.

— Niech pani Helena nie patrzy, to się szybko przebiorę — powiedział po namyśle.

— A przebieraj się pan. Ja tam nieciekawa. A odzienie pańskie tam, w sionce.

Zaczerwienił się i bąknął „dziękuję”. Wiedział dlaczego wyrzucono je do sionki. Helena bała się, by robactwo nie rozlazło się po izbie. Przyniósł je zwinięte w tobołek i zawiązane rękawami koszuli, prędko rozebrał się za firanką do naga, bieliznę złożył, zawinął razem z krawatem w gazetę i umieścił na półce przy komodzie, poczem wciągnął na siebie swoje codzienne ubranie, postrzępione i gdzieniegdzie wyłatane niezdarnie. Świąteczne wyniósł do bramy, starannie wytrzepał i wyczyścił szczotką, by powiesić je w szafie. Świąteczne buty obtarł z kurzu, zawinął w ściereczkę i wsunął na zwykłe miejsce pod komodę.