— Pan starosta żartuje sobie. Musiałbym odbyć aplikanturę, a za co?...
— Hm... Tak... No, ale to już pańska rzecz. Ja musiałbym dać panu conajmniej trzy dni aresztu. Jeżeli jednak da mi pan słowo, że nie wróci do tego procederu... Na miły Bóg, przecie może pan poszukać innego, uczciwego zajęcia!?
— Niczego bardziejbym nie pragnął...
— No... dobrze. Zwolnię pana, ale nie sprawi mi pan zawodu?
— Obiecałem, więc dotrzymam. Sam przyznaję panu staroście rację, ale cóż?... Nędza.
Urzędnik stukał ołówkiem po papierach.
— Widzę, że jest pan zarejestrowany w Państwowym Urzędzie Pośrednictwa Pracy.
— Od dawna.
— No i cóż?...
— Dwa razy na tydzień chodzę tam napróżno.