Panie już spały, oprócz babci, która wytrwale kibicowała synowi.
Murek wyszedł razem z Boczarskim, a że mieszkali przy jednej ulicy, musieli nadal znosić swoje towarzystwo, chociaż obaj nie byli tem zachwyceni. Deszcz ustał, niebo iskrzyło się gwiazdami, od rzeki ciągnął ostry, mroźny wiatr. Szli w milczeniu. Gdy przy kościele skręcali w Brzeską, mecenas zapytał:
— Od dawna zna pan radcę Gąsowskiego?
— Ja?... Dlaczego mecenas pyta?... Wcale go nie znałem.
— Hm... Szkoda, że doktór nie był na pożegnalnem śniadaniu w klubie. Dali dobre kaczki. Wcale nienajgorszy burgund.
— Mecenas był? — zdziwił się Murek.
— Ach, kogo tam nie było! Chyba ze trzydzieści osób. A jednak... pańska nieobecność zwróciła ogólną uwagę, doktorze.
— Moja? — wzruszył ramionami — cóż ja... Nie lubię takich bankietów.
Mecenas rzucił lekko:
— Różnie to komentowano.