— Właśnie nie w ścierwie, lecz w duszy!
Niżynier błysnął niedobrem spojrzeniem:
— Musiałbyś wprzódy udowodnić, że ją mam. Ja jej nie czuję. Wydymiła ze mnie. I do ciężkiej cholery, cieszę się z tego. Pies z nią tańcował. Amen. Cóż ty myślisz, młodociana ofiaro, że dusza będzie w tobie siedziała, póki ci nie przyjdzie ochota na odwalenie kity? Że już będziesz kupą gnijącego mięsa i spróchniałych kości, że już ci klepki rozmiękną, zidjociejesz i paraliż cię trafi, a dusza wciąż będzie w tobie?... Otóż nie, osłodo mojej starości, nie, skurczysynku! To jest wielka pani! Panimajesz? Jak się sam staniesz takim gnojnikiem, jak ja, takim prewetem na dwóch nogach, to przekonasz się, że z ciebie ucieknie. I nie znajdziesz w sobie bezczelności, by ją przytrzymywać! Tak, kwiatuszku! Zacznie dymić z ciebie, jak z pękniętego garnka, aż wydymi do cna. Zobaczysz...
Czoło Murka zmarszczyło się posępnie:
— Nie zobaczę.
— Tere-fere!
— Nie zobaczę, bo nie chcę tego! — prawie krzyknął. — Rozumiesz?
— Każdy z nas w twoim wieku tak mówił.
— Widocznie nie miał woli.
Niżynier z przesadną powagą zapytał: