Byłoby to bardzo piękne, ale trudno było łudzić się możliwością doprowadzenia do realizacji takich marzeń. Przedewszystkiem Murek nie wiedział, czy Nira rzeczywiście jest we Francji, po drugie Francja też jest ogromnym krajem, w którym odnalezienie jednego człowieka i to na własną rękę, bez pieniędzy, bez znajomości języka, byłoby niepodobieństwem.
Dlatego projekty swojej wyprawy zostawiał na wieczorne godziny półsennych rojeń, na jawie zaś podawnemu starał się jako tako zarobić na niezbędne alimenty dla Karolki i na mniej konieczny kawałek chleba i nocleg dla siebie. O zarobek zaś teraz było stosunkowo łatwiej, bo spadły duże śniegi i codzień magistrat potrzebował wielu rąk do pracy. Po zainkasowaniu dniówki Murek szedł zwykle na Leszno dowiedzieć się o listy.
Pewnego wieczora, wracając stamtąd, przechodził obok owego daszku, pod którym poznał kiedyś ową panienkę z Żoliborza. Ku swemu zdumieniu, zobaczył, że stała na tem samem miejscu i rozglądała się wokoło.
— Wiedziałam, że pana tu dziś spotkam — przywitała go uśmiechem.
— Skądże pani wiedziała? Czy to też jasnowidzenie?
— Zwykłe przeczucie. A to ładnie tak niedotrzymywać obietnicy. Miał mnie pan odwiedzić!
— Poco miałem narzucać się pani — wymijająco odpowiedział Murek. — Każdy ma swoje towarzystwo.
— Ależ ja pana prosiłam!
— Bardzo pani dziękuję.
— Widocznie zależało mi na tem! — w jej głosie zabrzmiał ton irytacji. — No, teraz musi pan koniecznie iść ze mną.