Któregoś dnia świątecznego przypomniał sobie obietnicę daną pannie Mice Bożyńskiej i wybrał się na Żoliborz.
Drzwi otworzyła mu mała, brzydka brunetka, chuda i jakby trochę garbata.
— Miki niema — powiedziała — ale proszę wejść i poczekać. Niedługo wróci.
Powiesił czapkę na szaragach i usiadł przy stole, na którym leżała otwarta książka.
— Niech pani czyta odezwał się. — Nie przeszkadzam.
— Nic pilnego — złożyła książkę. — Pan pewnie jest doktorem Murkiem?
— Tak.
Wyciągnęła doń rękę:
— Nazywam się Kosicka.
— Winienem pani wdzięczność za to, co pani przepisywała dla mnie.