Gdy już wychodził, zaczęli się podnosić i inni. Idalkę Wacuś nakrył kołdrą.
— Śmierci na nią niema — zajęczał żałośliwie.
— Życie z człowieka wyciśnie szantrapa — potwierdził Majster.
Przez szparę w zasłonie Murek zerknął na kanapę. Pościel nie była ruszona. Widocznie owa Arletka spędziła noc gdzieindziej.
Wychodził właśnie z bramy, gdy zatrzymała się taksówka i wyskoczyła z niej ładna, śniada panna w długiej czarnej jedwabnej sukni. Murek przez tę chwilę, kiedy płaciła szoferowi, zdążył zauważyć, że ma bardzo umalowaną twarz i śmiałe spojrzenie.
Poczekał aż weszła do bramy i zapytał dozorczynię:
— Co to za panienka?
— Panienka to ona w łokciu — jowialnie oświadczyła kobiecina — a mieszka u tejto wróżki, co i pańska osoba. U pani Koziołek.
— Aha! Arletka — pomyślał Murek.
Tegoż dnia miał sposobność poznać Arletkę osobiście. Gdy wrócił do domu, nie było w pokoju nikogo poza nią. W kuchni coś pitrasiła stara Koziołkowa.