Szedł ulicami, które wydały mu się dziwnie puste i śpiące. Poznawał stare szyldy i witryny sklepów, te same, a przecież jakby naiwne i zabawne przez to, że dawniej innemi oczyma na nie patrzył.
Zaczęła go niepokoić myśl: jak też wygląda Karolka?... Może zbrzydła i zbabiała?... Po dziecku często się to kobietom zdarza. Czy mały Stefanek rzeczywiście jest „wykapany ojciec”?... Jak oni tam żyją, jak ich zastanie?... Ich — swoją rodzinę. Swoich najbliższych. Postanowił najpierw pójść do nich. Muszą mieć więcej czasu na spakowanie się. Jutro rano przecie wyjadą razem z nim do Warszawy. Jeżeli rozkład jazdy nie został zmieniony (jaka szkoda, że nie zapytał o to na dworcu!) jeżeli rozkład jest ten sam, to pociąg odchodzi o siódmej.
Na załatwienie spraw partyjnych starczy czasu popołudniu. Powtórzył sobie w pamięci wyuczone hasła i uśmiechnął się na myśl o zdumieniu starego Kopelowicza, gdy w nim, w Murku, w Wysłanniku Centralnego Komitetu, pozna dawnego dygnitarza magistrackiego.
Wszedł na Dojazdową i przyśpieszył kroku. Drewniany domek, gdzie mieszkają Żurkowie... Krzaki w ogródku podrosły pokaźnie... Taki ciepły dzień, dziecko napewno jest w ogródku. Stefanek... Rodzony syn... Wzruszenie leciutko ścisnęło mu gardło, puls walił mocno w skroniach.
Dziecka jednak w ogródku nie było. Po grządkach spacerowało kilka kur. Poomacku przeszedł przez ciemną sionkę, odszukał klamkę drzwi swego dawnego pokoju. Nie były zamknięte. Wszedł i uśmiechnął się: pokoik był czyściutki, poprzybierany ozdobami z kolorowego papieru, nad komodą w ramkach wisiało kilka fotografij Karolki.
— Ach, te kobiety — rozrzewnił się, stwierdziwszy, że Karolka do fotografji wystrajała się w zamaszyste kapelusze, w których zresztą wyglądała wcale ładnie.
Na komodzie poznał kilka swoich starych drobiazgów: przybory do pisania, porcelanową figurkę Chińczyka, a nawet srebrny nóż do rozcinania kartek. Nie musiało im tu być za ciężko, skoro tego nie sprzedali. Obok pod lustrem leżały rurki do fryzowania, pudełko z pudrem i drugie z różem.
— Wybiję jej to z głowy — pomyślał pobłażliwie i cofnął się do sionki, by przejść do kuchni, gdzie napewno wszyscy musieli być w komplecie, jako w porze obiadowej. Umyślnie nie zawiadomił ich o swoim przyjeździe listownie, chcąc tem większą sprawić im niespodziankę.
Wszedł nie pukając. Musiało już jednak być po obiedzie, bo była tu tylko stara Żurkowa. Pochylona nad rynienką myła właśnie talerze.
— A kto to? — zapytała nie podnosząc głowy.