— Bardzo — potwierdził.
— Ktoś panu zrobił zawód?...
— Wszyscy... I wszystko.
Dziewczyna nagle błysnęła zagniewanem spojrzeniem i jakby ze złością ścisnęła rękę Murka:
— Bo to pańska wina! Tylko pańska wina! Pan wszystkim wierzysz! A ludzie są dranie, ostatnie, zimne dranie! Dobrze panu tak! Bardzo się cieszę! Należało się panu.
— Należało się — ponuro skinął głową, lecz to jeszcze bardziej rozjątrzyło Arletkę.
— O, doskonale! Teraz pan na siebie gotów całą winę wziąć. Żeby taki mężczyzna był taką... taką... ciamajdą! Jeszcze gotów rozpłakać się nad sobą! Tegoby jeszcze...
Urwała, bo w oczach Murka rzeczywiście zakręciły się łzy.
— No, panie Franku — przytuliła się do niego i mówiła cichym, ciepłym głosem — panie Franku, przepraszam! Bardzo przepraszam. Pan przecie wie, że kogo jak kogo, ale pana ja nie chciałabym urazić.
Głaskała jego ręce i zaglądała mu w oczy.