Kelnerzy przynieśli wódkę i przekąski. Orkiestra zaczęła grać jakieś namiętne tango. Kilka zataczających się par zjawiło się na tanecznym krążku podłogi. Jeden z zawianych gości prosił Arletkę do tańca, lecz wykręciła się. Murek jadł, a dziewczyna dolewała mu wciąż wódki.
Murek był wygłodzony, i alkohol zaczął działać szybko. W żołądku rozgrzało się, krew pulsowała mocniej, myśli biegły szybciej. Arletka pokazywała mu poszczególnych gości i koleżanki, dowcipkowała i starała się go rozchmurzyć, a że się jej nie udawało, co pewien czas wpadała w irytację i nie skąpiła docinków Murkowi, by pochwili znowu go kokietować i przymilać się czule.
— Jeszcze wódki — rzucił Murek kelnerowi.
— Pan się urżnie — ostrzegła Arletka.
— I dobrze. Nic lepszego wymyślić nie mogę. Miała pani rację, panno Arletko: ludzie to świnie. No, pijmy! Strzemiennego!
— Dlaczego? Pan już chce iść?
Spojrzał na nią z ironicznym uśmiechem:
— Tak. To najmądrzejsze wyjście. Do Abrahama na piwo.
Jego żartobliwy ton nie zwiódł dziewczyny:
— Tego pan nie zrobi — powiedziała z przekonaniem.