— Zamykamy, proszę państwa, zamykamy — przynaglali zapóźnionych gości kelnerzy.

— Przecie pan ma trzydzieści kilka lat, a nic pan życia nie użył. Nic — nie ustawała Arletka — przez te przesądy, przez tę głupią moralność, której każdy ma pełną gębę dla innych. A won z taką moralnością!

— Może i racja... Może i racja — odezwał się Murek.

— Nie może — ucieszyła się — napewno racja!

— Zamykamy — stanął przed lożą kelner z gotowym już rachunkiem.

— Może nie ma pan pieniędzy? — szeptem zapytała Arletka — Bo ja mogę...

— Ależ mam!

Zapłacił i Arletka powiedziała:

— Ja też wychodzę. Niech pan koniecznie na rogu zaczeka. Ale koniecznie! Dobrze?

Nim zdążył odpowiedzieć pobiegła do garderoby. Szumiało mu trochę w głowie i lekko zatoczył się wychodząc z loży. Na ulicy było już prawie zupełnie jasno. Doszedł do rogu i zatrzymał się. Ręce pachniały perfumami Arletki. Nerwy uspokoiły się, myśli płynęły jakoś łagodnie. Kto wie, czy ta Arletka nie ma słuszności!... Sumienie do wynajęcia!... A Karolka... głupie i złe bydlę... Musiała zbliżać się siódma, bo robotnicy śpieszyli do pracy.... Poco ja tu stoję?... Aha...