— A dlaczego pan doktór nie leczy ludzi tak, jak wszyscy doktorzy?

Ubawiło go to, lecz cierpliwie i rzeczowo wytłumaczył jej, jaka różnica jest między tytułem doktorskim a zawodem lekarskim.

— Aha — zrozumiała — a co to, pan na obiad dziś nie pójdzie?

— Nie. Nie mam ochoty.

— To jakże tak?... O! Tak nie można. Chłop musi swoje zjeść.

Pomimo protestów Murka uparła się, że mu coś przyrządzi. Nie upłynęła godzina, gdy zjawiła się, z patelnią jajecznicy, przysmażoną kiełbasą i z butelką wódki. Nakryła serwetką stół i Murek zwróciwszy jej wydatki zabrał się, z apetytem zresztą, do jedzenia.

— Kieliszki choroba pozamykała. Musi pan po chłopsku szklaneczką pić — kręciła się koło stołu Karolka — a wie pan doktór, że ta nasza stara to mówi, że pan za przeproszeniem z chłopów. Przez złość tak mówi.

— Bo to prawda — potwierdził Murek.

— Ale też! Nie taka ja głupia. Jakby pan był z chłopów, toby pan był alfabeta, a nie doktór. Tylko ta stara, to taka wiedźma, choroba. Ona mówi, że panu zachciało się z dziedziczką z Czołnów żenić, ale, że oni, niby jejna rodzina, to nosem kręci. A że niby sama panna, to u niej pan nic mieć nie może, bo strasznie już dbająca. Żeby dopiero po ślubie. Jakby tak kręcili nosem, to coby się tak o ten ślub strzymywała! No nie?

Murek zmarszczył brwi: