— Cóż to panią Rzepecką może obchodzić!

— A właśnie. Pewnie — przytaknęła Karolka — a jak przyjdzie do kuchni to furt pańską osobą sobie tę krzywą gębę wyciera. Co ona nie gada!... Jak ta sklepiczarka sprzeciwka mówiła, że pan doktór to w magistracie każdą jedną urzędniczkę za kochankę ma, to nasza stara, że broń Boże, że pan całkiem bez kobitów się obchodzi, bo pan, jakoś to ona mówiła, namunista, czy co?... Ale mówi, że to lepiej jak z takiemi owcami, co to każdego jego kawalerskie prawo. Ale ja tam nie wierzę...

— Najlepiej będzie — z gniewem przerwał jej Murek — jeżeli Karolka przestanie gadać głupstwa. I wogóle nie wtrącać się do cudzych spraw!

— Ja też — zaczęła, lecz powiedział jej ostro:

— Proszę już iść do siebie!

Gdy zamknęły się za nią drzwi, zerwał się i zaczął chodzić po pokoju, wyrzucając przez zaciśnięte zęby przekleństwa. Nigdy nie przypuszczał, że jest tematem rozmów i to takich rozmów.

— I co ja ich wszystkich obchodzę! — wściekał się.

Ze złości wypił prawie całą butelkę wódki. Alkohol trochę go uspokoił. Zaczął nawet żałować, że skrzyczał Karolkę. W każdym razie jej informacje tak zniechęciły go do ludzi, że postanowił już nie wychodzić. Rozebrał się i położył do łóżka, chociaż zaledwie było po siódmej. Ledwie zgasił światło zapukała Karolka.

— Muszę zabrać naczynie — wyjaśniła — o jej, jak tu ciemno! Pan już śpi?

— Śpię — odpowiedział krótko.