Nira była w cudownem usposobieniu, rozmowna i wesoła. Raz po raz parskała śmiechem, żartując z pogrzebowej miny narzeczonego i zapewniając go, że pomimo oddalenia będzie mu tak wierna, jak dotychczas.

— Chyba, że poznam w Warszawie jakiegoś maharadżę. Wówczas za siebie nie ręczę i wydam się za niego — śmiała się. — Zresztą mam nadzieję, że pan, panie Franku, przyjmie godność drużby? Prawda?

— Z takich rzeczy nie wolno żartować — cicho powtarzał Murek, lecz w zgiełku podróżnych nawet go nie słyszała.

Dopiero na pożegnanie podała mu swój adres w Warszawie i obiecała obszernie napisać.

Wyskoczył z pociągu już w biegu i długo machał na peronie chusteczką, chociaż wiedział, że Nira przez zamarznięte szyby nie może go widzieć. Wracając do domu, rozważał w myśli, przepowiednie babci Horzeńskiej, która przewidywała, że po miesiącu, czy dwuch wnuczce obrzydnie posada i wróci do swoich.

Przed bramą domu, stał jakiś starszy żyd i rozglądał się. Gdy Murek go mijał, wchodząc do bramy, żyd zapytał:

— Przepraszam pana, czy doktór Murek?

— Tak.

— Ja mam do pana interes. Jestem Lesser, szwagier Fajncyna.

— Aaa — zdziwił się Murek.