Nazajutrz Herman Lesser, który specjalnie musiał odłożyć wyjazd do Gdańska, wrócił z urzędu chmurny i zrezygnowany. Wyprawił Kacowicza z jakiemś poleceniem i usiadłszy przed żelaznym piecykiem westchnął:

— Poco panu ta polityka?

Murek aż zerwał się z krzesła.

— Ja panu powiem, co mi oni powiedzieli — ciągnął Lesser. — Oni powiadają, że nasza firma nie mogła sobie znaleźć innego, jak takiego, co go za niebłagonadiożność usunęli. I co ja mam robić?... Sam pan to rozumie, panie Murek. Ja z pańskiej roboty jestem kontent, ja do pana mam zaufanie, że pan nie złodziej, że pan solidny gość. Ale co ja mogę poradzić, jak mi mówią, że dla mnie niebezpiecznie pana trzymać. Ja wiem?... Oni mogą takie szykany wymyślić, że mnie tylko zostanie powiesić się. Ja muszę ich słuchać. Mało tego. Oni mi jakiegoś innego tu wpychają... Twierdzą, że jak mam dać chleb, to niech dam takiemu, co jest polecony, to i firma na tem lepiej wyjdzie... I co ja z nim zrobię?... On jest były oficer. Ja wiem?... Ja mu słowo powiem, to on gotów do mnie strzelać z rewolwerem. Ja wogóle się go boję... Oj, czemu mnie pan nie uprzedził, że pan polityczny?... Janie potrzebowałbym teraz brać sobie obcego człowieka na kark. Już to pan nieładnie ze mną postąpił...

Murek stopniowo uspokajał się. Czyż miał polemizować z Lesserem, udowadniać mu swoją niewinność, prosić o zmianę decyzji?... Sam wiedział dobrze, że człowiek ten inaczej postąpić nie może.

Zdjął z gwoździa palto, nacisnął na uszy kapelusz i powiedział:

— No, trudno. Dowidzenia, panie Lesser. Należy mi się jeszcze dwadzieścia pięć złotych. A może i tego pan nie da?

— Oj, panie Murek. Czego się pan na mnie obraża? Moja wina?

— No, nie — przyznał.

— Trzeba panu było z tą polityką?... A co do należności, to dlaczego dwadzieścia pięć?