— Prosty rachunek: pięć dni.
Lesser zaśmiał się:
— To pan liczy i dzisiejszy dzień i wczorajszy?... A przecie pan w te dni nic nie zrobił. Panu należy się piętnaście.
Murek machnął ręką:
— Możesz mi pan i nic nie dać. Do sądu nie podam.
Lesser odliczył bilonem piętnaście złotych i położył na stole:
Na dworze była odwilż. Nogi po kostki zapadały w mokry podciekły śnieg. Ciepły, wilgotny wiatr, przefiltrowany przez sterty desek, pachniał żywicą. Przed dworcem utworzyła się wielka kałuża, ale na Parkowej, gdzie ruch pojazdów był mniejszy, było jeszcze sucho i biało. Przechodząc obok domu Boczarskiego, Murek przypomniał sobie napomknięcie mecenasa o jakiejś posadzie. Nie miał nic do stracenia i dlatego postanowił wstąpić. Boczarski jeszcze nie wrócił z sądu. Czekano nań z obiadem. Gdy jednak zjawił się, przyjął Murka natychmiast.
— Słyszałem, że doktór z Lesserami wszedł w spółkę. Niech pan uważa. To spryciarze.
— Wcale nie wchodziłem w spółkę — zaprzeczył Murek. — Z czemże zresztą miałbym wejść?
— No, no — przymrużył oko adwokat. — Już tam nie bez tego, żeby pan sobie przy tych magistrackich interesach czego nie uciułał.