— Co za „pod jakim”?... — zdetonował się Niewiarowicz.
— Pod jakim względem pan prezydent ma przeciw mnie zarzuty?
Niewiarowicz otworzył usta, zakaszlał i niespodziewanie zaśmiał się jakimś nieszczerym, nie własnym śmiechem:
— Co pan, doktorze... che... che... che... Ja... zarzuty?... I nie nudźże mnie do licha — zniecierpliwił się znowu. — Co pan wogóle o tej porze robi w biurze?
— Podliczałem sprawozdania szpitala i wydziału opałowego — nie ukrywając zdumienia odpowiedział Murek.
Prezydent podniósł ręce:
— Otóż właśnie. Zawiele ma pan roboty... Tak. Oddawna myślałem o tem... Niech pan zaraz jutro zda Lassocie te dawne jego referaty, a rzeźnię i elektrownię Kubinowskiemu. Tak! Wystarczą panu wodociągi, kanalizacja i bruki. No, co się pan na mnie patrzy, jakbym panu ojca zamordował? To jest niepodobieństwo, żeby pan był całym magistratem! Pocóż tu w takim razie ja, poco inni?...
Zaperzył się i prawie krzyczał. Murek przyglądał mu się przestraszony. Nie umiał sobie wytłomaczyć inaczej zachowania się szefa, jak tylko nadmiarem alkoholu.
— Jutro wszystko odwoła — myślał — i jeszcze przeprosi.
Lecz Niewiarowicz nie wyglądał na pijanego, co więcej, robił wrażenie kogoś wysilającego się na gburowatość. W każdym razie nie było sensu przedłużania rozmowy. Murek skłonił się i, mruknąwszy „dowidzenia panu prezydentowi”, wyszedł.