Otworzył drzwi i w przedpokoju natknął się na dwuch młodzieńców, którzy odskoczyli wbok. Usłyszał jeszcze za sobą wściekły głos Stawskiego:

— To dopiero idyjota!...

Ogarnęło go jakieś nieznośne obrzydzenie do życia, do ludzi, do tego miasta, do tych ulic błotnistych i szarych, do samego siebie. Zrozumiał wreszcie, że tutaj już przegrał z kretesem, że tu nic dla siebie nie znajdzie i przyszły mu na myśl słowa Boczarskiego:

— W Warszawie nikt o panu nic nie wie...

Tak. Wyjechać. Najprędzej wyjechać. Na szerszy świat. Tam przecież musi znaleźć sobie kawałek chleba. Jest nie do pomyślenia, by w społeczeństwie, liczącem tak mały odsetek inteligencji, mógł zginąć człowiek wykształcony, młody, zdrowy, zdolny do pracy. Społeczeństwo ma obowiązek, już nie tylko ze względów humanitarnych, lecz i we własnym, dobrze zrozumianym interesie, znaleźć w sobie miejsce dla niego.

Pogrążywszy się w tych rozważaniach, odzyskiwał energję, wiarę w przyszłość, i chęć do działania.

Warszawa! Że nie pomyślał o tem wcześniej! Że z takim uporem trzymał się tego złego miasta, które go odepchnęło, wyparło się i omal nie wtrąciło w bagno... Warszawa... Szerokie horyzonty... Inne tempo życia i, co ważniejsze — Nira.

Wstąpił na pocztę, gdzie już oddawna odbierał listy. Tym razem była niebieska koperta z Kielc: wydział finansowy magistratu, odpowiedział odmownie na ofertę Murka. I kolorowa kartka od Niry. Donosiła, że czuje się świetnie i otrzymała już posadę w Towarzystwie Ubezpieczeń „Sumienność”.

— Warszawa! Pakować się i jechać! Zaraz jutro — powtarzał, idąc do domu.

Zaraz za furtką wyjął klucz. W ciemnej sionce ręce natknęły się na coś żywego: