— Ja wiele czasu nie mam. Też wyjeżdżam.
Dziewczyna zaniepokoiła się:
— Wyjeżdża pan. A to dopiero...
— Bo co Karolka chciała?
— Eee... nic. Tak sobie. Tylko jeszcze o radę prosić... Niech pan, broń Boże, nie pomyśli, że ja cośkolwiek. Gdzież tam. Ani mi w głowie. Ja nie taka. Sama chciałam i nikogo nie winuję. Tylko, że teraz nie wiem. Bo, żeby mój ojciec inszy był. Żeby wyrozumienie miał, a to on bardzo na ludzi uważający, co niby powiedzą. A wiadomo, ludzie. Im tylko na język trafić, to już nie popuszczą. Gadaniem gorzej jak psami zaszczują. A ojciec, że to gospodarz i swój ambit ma, to nie ścierpi...
Murek nie mógł zorjentować się w tej całej gadaninie, a że przeczuwał coś przykrego, wolał nie dopytywać się.
— Ja nie z żadnemi pretensjami przyszłam — zaczęła znowu Karolka, patrząc w podłogę — ale prosić, czy pan doktór sposobu jakiego nie znajdzie. Bo teraz to jeszcze nic, ale później wiadomo... Każdy pozna, na służbę nikt nie weźmie w niezdrowiu, a ojciec przepędzi... Znam ja go. Przepędzi.
— Co Karolka opowiada? Jakie niezdrowie? — zerwał się z krzesła.
Zaczerwieniła się i powiedziała obojętnie:
— Niby pan nie wie. Spodziewam się.