Chwycił ją za ramiona i potrząsnął:
— Co? Co?...
— Ano tak... Żeby choć ta cholera, moja stara, oddała mi moje zasługi... Ale powiada, że sama nie ma, że pokoje stoją niewynajęte. A ja do jednej znającej baby chodziłam. To chce pięćdziesiąt złotych. Żeby stracić... Zborgować, nie zborguje. Mówi, że i tak ryzyko dla niej, bo jakby nie udało się, to do więzienia pójdzie... Ja od pana doktora pieniędzy nie chcę, ja nie taka. Ale może pożyczki, czy poręczenie u tej baby...
Wyrzuciła to z siebie jednym tchem i umilkła. Murek przetarł czoło. Spadło to nań nowym, najgorszym, ciężarem i zupełnie oszołomiło. Zaczął chodzić po pokoju, coraz prędzej, coraz nierówniej.
Dziewczyna wodziła za nim spojrzeniem i siedziała nieruchomo. Nagle zatrzymał się przed nią:
— I to moja wina? — zapytał półgłosem.
— Niczyja wina — wzruszyła ramionami — bo to pan chciał, żeby tak było?
— Nie o to chodzi. Ale czy to przezemnie?
— Przecież nie z wiatru — zmarszczyła brwi.
— I może Karolka przysięgnąć, że moje?