Żachnęła się:

— A cóż to! Żądam ja czego od pana?... Nachodzę?... Raz przyszłam po radę i pomoc. Jakby z kim innym, to do pana nie przyszłabym. Co ja? Uczciwa dziewczyna jestem i łaski niczyjej nie potrzebuję. Chce pan pomóc, pomoże, Nie, to i nie proszę.

Wstała i zaczęła zaciągać chustkę.

— Niech Karolka zaczeka — wziął ją za łokieć. — Tak nie można. Oczywiście, skoro moja wina, to i moja odpowiedzialność. Oczywiście. Tylko, niech Karolka do żadnych bab nie chodzi. Karolka jest katoliczka, a Kościół tego zabrania. To jest wielki grzech...

— I tamto było grzech — zauważyła rzeczowo.

— Ale to i grzech, i zbrodnia. Prawo tego zabrania. To trzeba już odpokutować. Trudno. Zabijać nie wolno. Tak, to nie ulega dyskusji.

— Lepiej teraz — bąknęła, — póki nieżywe, jak potem.

— Ani teraz, ani potem — powiedział stanowczo. — Tylko jaką na to znaleźć radę?... Jaką radę... Przecież Karolka sama rozumie zirytował się — że ja nie mogę z Karolką się żenić!

— Co pan? — zachichotała. — Albo to ja głupia, żeby tak myśleć.

— No, właśnie — przytaknął i uspokoił się.