— Tak.

— A ona?

— Była... była największą tragedją mego życia. Zniszczyła je, splugawiła, opluła, podeptała.

Zacisnął zęby i dodał:

— Nie wyobrażałem sobie, by jeden człowiek mógł drugiemu sprawić tyle krzywdy, taką podłością zapłacić za najpiękniejsze, za najgłębsze uczucia.

— A... ona żyje?

— Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Bodaj ją piekło pochłonęło!

— Pan nie umie przebaczać.

— Przebaczyć?... — zaśmiał się wściekle, już wcale nie panując nad sobą. — Czy pani rozumie, że są zbrodnie, których ani zapomnieć, ani przebaczyć nie można, niepodobna! Minęło kilka lat, a przysięgam pani, że jeszcze dzisiaj nie cofnąłbym się przed żadną, przed najokrutniejszą zemstą!

Wspomnienie Niry obudziło w nim całą gorycz, cały ból, całą świadomość krzywdy. Nie widział teraz Tunki, nie zdawał nawet sobie sprawy z tego, poco to mówi. Ale mówił. Rozpaliła się w nim nienawiść, ogarnęła piersi i mózg, drgała w krtani. Panna Tunka widziała jego nagle pobladłą twarz, jego drżące wargi i mściwe błyski w jego oczach. Nie przypuszczała nigdy, by ten spokojny, zrównoważony mężczyzna mógł zdobyć się na podobny wybuch. Słowa nasycone gniewem i pogardą padały gęstym gradem. Palce zaciskały się kurczowo. Gdy umilkł na chwilę, zapytała: