— No, i nie witasz pan nas?... Gotowiśmy pomyśleć, żeś pan niekontent z wizyty.

Powoli wyciągnął rękę:

— Serwus, panie Murek. Jak to przyjemnie dawnego znajomka spotkać.

Murek, po chwili wahania, podał mu rękę. Nieznacznie rozparł się przy tem nogami, obawiając się, iż Piekutowski zechce go pociągnąć, wywrócić i obezwładnić.

— I mnie przyjemnie — powiedział.

— No, to i klawo — łagodnie poklepał go po ramieniu Piekutowski — znaczy się, że wszyscy mamy swoją przyjemność. Ot, my w starej kompanji. Tylko Kazika brak. Ale to nic. On już tam, w niebie, te... chmurki pędza, che... che... A pana nie prosił, panie Murek, żeby coś na pożegnanie nam powiedzieć?... Nie wręczył panu testamentu?

— Nie rozumiem, o czem pan mówi — wzruszył ramionami Murek.

— Nie rozumie pan? Patrz-no, Majster, jaki niepojętny się zrobił! Ale wszystko jedno. A my byliśmy ciekawi. Szukaliśmy pana, panie Murek, bo przecież to pan ostatni na żywe oczy go widział, naszego przyjaciela. Szukaliśmy i znaleźliśmy. A pan nas pewno nie szukał, bo zajęcia dużo... Bogatym ludziom trudno, wiadomo, czas znaleźć. Ot, interesy, zabawy, remontu auta nowemu przyjacielowi dopilnować...

— Dość tego trajlowania — przerwał ostro Majster. — Pytam się, jak z nami będzie, panie Murek?

— Nie wiem, o co panom chodzi — zaczął Murek, lecz Majster syknął: