— Tylko bez pan! Widzisz go, drania! Przed kim tu będziesz frajera odstawiał!
— Sza! Sza! — zawołał Piekutowski. — Pomalu, pomalu!
— Oskarżacie mnie, że zabiłem Kazika! A ja go na oczy nie widziałem! Jakbym umiał zabijać, to i wówczas tego łysegobym ukatrupił! Przystałbym do was, jakbym umiał!
Murek powiedział to najszczerszym tonem, w przekonaniu, że mu uwierzą, lecz Piekutowski zwrócił się do Majstra:
— No, patrz! Nie słyszysz?.. Pan Murek ma miękkie serce, a ty do niego z mordą.
— Nie miękkie serce, ale nie potrafię i już.
— A forsy też nie potrafisz zabrać wspólnikom? — z uśmiechem zapytał Piekutowski.
— Żadnej forsy na oczy nie widziałem — uderzył się w piersi Murek.
Piekutowski znowu zwrócił się do Majstra:
— No, widzisz? Pan Murek nijakiej forsy nie brał. On nie taki, żeby wspólnikom nawalić. Szlachetna osoba, a ty do niej z pyskiem. On z honorem, ciężką pracą dorobił się takiego mieszkania, tę oto daną panienkę, kiedy po naszym przyjacielu jakby wdową została, przytulił, bródkę solidną zapuścił, szanowny obywatel jest, nie żaden kanciarz, co spólników oszukał, nie głupi gruczoł, nie swołocz, tylko gościnny gospodarz, któren sercem gości wita i napije się z nimi i pogada. Nieprawdaż, panie Murek?