— Źle mnie sądzicie — wzruszył ramionami Murek. — Ja mam wobec was czyste sumienie. Wiedziałem, że będziecie mnie podejrzewać i dlatego was nie szukałem. Ale baćsię, nie boję. Zechcecie uwierzycie, nie zechcecie, to rady na to nie mam. Ot i wszystko. A napić się możemy. Zaraz przyniosę.
Skierował się do drzwi, ale Majster krzyknął:
— Stój!
— Co myślisz, że ucieknę? — zatrzymał się Murek.
— Co myślę, to myślę. Niech ona idzie — wskazał głową Arletkę.
Dziewczyna bez słowa wstała i otworzyła drzwi do jadalnego pokoju.
— Ale, panieneczko — upominał ją Piekutowski — bez hałasu! Zrozumiano?
Spojrzała nań z pogardą i nie odpowiedziała. W saloniku zaległo milczenie. Wszyscy trzej nasłuchiwali, jak Arletka krzątała się w sąsiednim pokoju. Nawet Murek nie był pewien, czy nie przyjdzie jej ochota zrobienia alarmu. Oczywiście, napastnicy próbowaliby wówczas ucieczki, lecz nie ulegało wątpliwości, że przedtem zastrzeliliby Murka. Po kilku minutach Arletka zjawiła się jednak z tacą i przekąskami, przyniosła też butelkę wódki.
— Che, che — zaśmiał się Piekutowski — a wódeczka, panienko, bez zaprawki? Bo może niezdrowa?...
Arletka nalała kieliszek i wypiła do dna.