— To warjactwo z mojej strony, że obudziłem panią — zaczął — i wogóle... Ale musiałem... Widzi pani, musiałem panią zobaczyć. Proszę się nie gniewać...

— Ależ ja się wcale nie gniewam. Niechże pan siada. Tyle czasu! Mój Boże. Może herbaty?...

— Cóż znowu. O tej porze...

— Niechże się pan napije. Zaraz przyrządzę. To chwileczkę potrwa. Na dworze deszcz? — pytała już z za drzwi, skąd dobiegały go pobrzękiwania filiżanek.

W mieszkanku też niewiele się zmieniło. Tylko na półce nad kaloryferem stała w wąskich srebrnych ramkach duża fotografja jakiegoś młodego człowieka o bujnych ciemnych włosach i impertynenckim, lecz pięknym profilu.

— Tyle czasu pana nie widziałam — mówiła Mika. — Spoczątku dochodziły choć wieści o panu. Tak się cieszyłam, że dobrze o panu mówią, że stał się pan wybitną osobistością w partji. Bałam się, by nie spotkało pana co przykrego, ale ja wiedziałam, że taki człowiek, jak pan, musi wkońcu wejść w życie i zająć swoje właściwe miejsce. Odkąd niema Marjetki, już i wiadomości o panu ustały.

— A gdzież jest panna Marjetka?

— Jakto? Nie wie pan?

— Nic nie słyszałem.

— Półtora roku temu podczas demonstracyj pierwszomajowych została aresztowana. Skazali ją na sześć lat więzienia.