Podpis, znać wystudjowany, zrobiony był z rozmachem i zajmował połowę kartonu.

Zajrzał następnie do szafy, gdzie wisiało kilka sukienek i do bieliźniarki, w której panował wzorowy porządek i pachniało wodą kolońską. Biureczko też nie było zamknięte. Odsunął szufladę i z nudów zaczął oglądać jej zawartość. W szkatułce leżała paczka listów i kart pocztowych, kilka zasuszonych kwiatków, kilka, starannie złożonych, programów koncertowych, kawałek kalafonji i dwie uliczne fotografje. Na jednej facet był sam, na drugiej z Miką. Na dnie leżały związane wstążką listy, podpisane: Marja Kaszańska.

— Kaszańska? — zdziwił się Murek.

Z treści listów okazało się, że jest to matka Tomka, który efektownie skrócił sobie nazwisko na „Kański”.

Nie podobało się to Murkowi i dlatego uważniej przeczytał jego listy. Były krótkie i pełne dziwacznych słów, spieszczeń, przekręceń, głupstw. „Ciumuciam Twoje buzialeczki”, „Tęskniuszkam za pieszczocinkami”, „Mam kuku w brzuszku po wczorajszem mniamniu”, „Nie spatuchniałem przez całą nocusię, bo nie mam dudu na bimbanie”. Pisał tylko o sobie, a owe niezrozumiałe „dudu” powtarzało się niemal w każdym liście. Wszystko wyjaśniły pocztówki. Te zawierały albo prośbę o „dudu”, albo podziękowanie za „dudu”.

Osobna paczuszka składała się z kilkunastu odcinków przekazów pocztowych. Mika wysyłała mu pieniądze do Pragi, a przedtem do Paryża. Nieduże kwoty, po sto, dwieście, lub trzysta złotych, przy jej zarobkach były jednak sumą.

— To takie dudu! — zaśmiał się Murek i z obrzydzeniem zamknął szufladę.

Odkrycie to zirytowało go w najwyższym stopniu. Myśl, że ten typek najbezczelniej w świecie wyzyskuje to biedactwo, że Mika zapracowuje się, by taki cymbał mógł włóczyć się zagranicą, że chodzi prawie obdarta, by on ubierał się szykownie, myśl ta wprost piekła Murka.

— A, bydlę! — powtarzał, chodząc po pokoju. — A bydlę!

I już zaczął układać sobie w głowie plan zdemaskowania i zdeptania tego kabotyna, nędznika, pasorzyta, wstrętnego samoluba, gdy nagle opamiętał się: