— Nie będziem w taksówce gadać. Dość będzie czasu na miejscu.
— A nie zrobiłoby wam różnicy, żeby jutro?... Albo dziś wieczorem?... Bo widzicie, śpieszy mi się teraz.
— Nie, nie można — lakonicznie odpowiedział Zimny.
— A no, to trudno.
Jechali w milczeniu. Wreszcie samochód zatrzymał się przed niewielkim drewnianym domem, na ulicy Skierskiej. Wysiedli i Murek wszedł za Zimnym do pracowni szewskiej. W pierwszej izbie było bardzo ciasno. Pracowało tu pięciu czy sześciu młodych żydów, pod oknem terkotał na maszynie długobrody, siwy kamasznik. Do drugiej wchodziło się po kilku krzywych stopniach.
Przewidywania, a raczej obawy, nie zawiodły Murka. Pierwszą osobą, którą tu zobaczył, był ów barczysty robotnik z piątki Kuzyka, co pamiętnego wieczoru stał przy ladzie w kawiarni Majewskiej. Poza nim było tu jeszcze pięciu mężczyzn, zupełnie Murkowi nieznanych.
Zapanowała chwila ciszy. Czuł na sobie uważne, badawcze spojrzenia, lecz nie speszył się.
— O co chodzi, towarzysze? — zapytał swobodnie.
Wówczas mały i chudy brunet o krzywym nosie, wyciągnął doń rękę:
— Jak się macie, Garbaty. Musieliśmy was wezwać w jednej sprawie. Cóż się nie witacie? Przecie znacie tych towarzyszy?