Przespał się kilka zaledwie godzin, gdyż rankiem znów musiał być na Skolimowskiej dla dokończenia pertraktacyj z delegatami Belgijskiego Towarzystwa Elektryfikacyjnego. Przezorny Czaban zostawił dlań oddawna przygotowane wszelkie plenipotencje, mógł więc działać nie tylko we własnem, lecz i w jego imieniu. Zresztą nieobecność Czabana i jego wyjazd do Berlina właśnie zdawały się skłaniać delegatów do przyspieszenia finalizacji umowy. Rozmowy szły gładko.
Tegoż przedpołudnia odbyła się pozatem decydująca konferencja w Banku Wschodnim i gdy Murek nazajutrz uzyskał pozwolenie na widzenie się z Czabanem, mógł mu zakomunikować nader pomyślne wiadomości. Wzamian dowiedział się, że sędzia śledczy ustalił wysokość kaucji na bardzo wysoką sumę stu tysięcy, czyli na kwotę, której w obecnym stanie spraw w żaden sposób nie można było wydobyć bez zachwiana własnej pozycji w nowem przedsiębiorstwie. Czaban zresztą nie bardzo się tem przejmował.
— Tak wielkiej kaucji żądają — mówił — pod naciskiem ambasady. Jednak będę się targował. Ostatecznie posiedzę parę tygodni, póki ty nie załatwisz tych rzeczy. Wtedy będziesz mógł wpisać kaucję na hipotece. Narazie musi być czysta, jak łza.
Natomiast w domu Czabana nie znikał ponury nastrój. Pani Helena nie wstawała z łóżka, gdyż poza migreną nękała ją myśl, że nie potrafi ludziom spojrzeć w oczy, Żołnasiewicz chodził struty, zaś panna Tunka zachowywała wymowne milczenie.
Gdy razu pewnego zostali we dwójkę, Murek wręcz ją zapytał:
— Dlaczego pani żywi do mnie urazę? Czy sądzi pani, że jej ojciec z mojej winy został aresztowany?
Wzruszyła ramionami:
— Bynajmniej. Skądże tu pańska wina?... Poprostu uświadomienie sobie, że się jest córką... aferzysty, nie sprawiło mi radości.
— Dlaczego zaraz aferzysty! — próbował oponować.
— Tak, aferzysty. Używam tego, nie innego wyrazu gdyż ten wydaje mi się najłagodniejszy z serji, którą należałoby tu zastosować.