Unikał też jej przez kilka dni, unikał Arletki, unikał jakichkolwiek rozmów, które mogłyby do reszty obezwładnić jego wolę i chęć działania. Na szczęście nawał pracy sprzyjał temu, a na rozmyślania mało zostawało czasu.

Wkrótce też przybyła nowa okoliczność. Pewnego ranka w mieszkaniu Murka zadzwonił telefon. Bez żadnych wstępów nieznany głos oznajmił:

— Macie, towarzyszu, stawić się pojutrze o piątej na ulicy Skierskiej.

I położono słuchawkę.

— To już koniec — szepnął do siebie Murek.

Tak, nie miał już sił ani ochoty do walki. Nadludzką czujnością, zawziętym trudem utrzymywał się tak długo na powierzchni grzęzawiska, które go oblepiało, wciągało, obezwładniało.

— Co ci jest, Franku? — ciepło zapytała Arletka — Jakaś zła wiadomość?

— Zła? — zaśmiał się — Nie, nie zła. Poprostu ostatnia.

— Nie rozumiem.

— Ach, poco masz rozumieć. Daj mi spokój.